Artykuły wybrane losowo

Urlop na sportowo

Galiny to idealne miejsce dla miłośników wędkowania i jazdy konnej

Staw konie

© PAŁAC I FOLWARK GALINY

Plaża Acquavivetta (La Sorgente) na północnym wybrzeżu Elby

Acquavivetta copia

© ASSOCIAZIONE ALBERGATORI ISOLA D'ELBA

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

Nie każdy marzy o tym, żeby w czasie wolnym wylegiwać się bez końca na plaży lub na leżaku nad basenem. Niektórzy po prostu muszą być stale w ruchu, dbać o kondycję fizyczną, walczyć z wiatrem i falami, stawiać sobie wyzwania, sprawdzać swoją wytrzymałość na wysiłek i zdobywać nowe umiejętności. Wcale nie trzeba być niespokojnym duchem, żeby czerpać radość z aktywnego wypoczynku. Nie od dziś wiadomo, że uprawianie sportu, szczególnie na świeżym powietrzu, nie tylko wpływa korzystnie na zdrowie, lecz także poprawia samopoczucie. W zdrowym ciele zdrowy duch!

Więcej…

Dominikańskie rozmaitości

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

<< „Dominikana, ta czarująca diablica, usidliła mnie, owinęła wokół palca. Wabi feromonami, od których kręci mi się w głowie” – tak przeważnie odpowiadam, kiedy ktoś pyta mnie (a zdarza się to nader często), dlaczego wybrałem ten kraj, dlaczego poświęciłem mu tyle czasu i dlaczego wciąż do niego wracam. Przepadłem na dobre w 2006 r., podczas pierwszej podróży. Zakochałem się od razu! Pamiętam to nocne tropikalne niebo nad Puerto Plata – gwiazdy wisiały tak nisko, że można je było przesuwać dłońmi. I to powietrze, lepkie, wilgotne, nasycone mieszanką odurzających zapachów. Potem Dominikana wzywała mnie wielokrotnie, wymęczyła duchotą i nieziemskim upałem, wyciągnęła ze mnie hektolitry potu, zabrała oszczędności, pozbawiła alternatyw, była zaborcza. Ale dała w zamian jedno – jakąś namiastkę szczęścia, niesłychaną beztroskę, z którą dorosły mężczyzna nie powinien się już tak obnosić. Nie oddałbym ułamka czasu, jaki jej poświęciłem. >>

Niedawno przekonałem się o czymś jeszcze: wspaniale jest pokazywać Dominikanę innym ludziom, na żywo. Uwielbiam spoglądać na miejsca, które dobrze znam, czyimiś oczami. Lubię stanąć z boku i popatrzeć, jak inni reagują, jakie towarzyszą im emocje. Właśnie wtedy dopełnia się podróż, nierzadko w sposób zaskakujący. Najważniejsze są przy tym fascynacja, entuzjazm, świeże wrażenie. Jeśli ktokolwiek miałby ochotę ze mną pojechać, zabiorę go z przyjemnością. Jednak kiedy wróci do domu, odczuje prawdziwy koszt wyprawy – przyjdzie mu słodko cierpieć, bo Dominikana nie pozwoli o sobie zapomnieć. Dominikański bakcyl wnika w duszę trwale i skutecznie.

 

Często otrzymuję pytania, w jaki sposób najlepiej poznawać ten kraj, jaką formę wakacji wybrać: jechać na własną rękę czy skorzystać z licznych ofert biur podróży. Odpowiadam wówczas przewrotnie. Jeśli ktoś znajduje w sobie siłę i czuje potrzebę podróżowania samodzielnego, lubi po prostu być w drodze, pragnie wyjechać po to, aby poznać z bliska miejsca i ludzi – nie ma dla niego lepszego regionu na Karaibach niż Dominikana. To kraj szalonej geografii, fantastycznej energii, niebywale życzliwych mieszkańców, z którego można czerpać garściami. Taki sposób zwiedzania praktykuję od lat i nie zamieniłbym go na żaden inny. Jeżeli z kolei komuś wydaje się, że potrzebuje porządnego odpoczynku w zjawiskowym otoczeniu, blisko basenu i baru z koktajlami oraz plaży ocienionej wysmukłymi palmami kokosowymi, pośród uczynnych ludzi, którzy zrobią wszystko, aby czuł się wyjątkowo od rana do wieczora (co zawiera się w cenie oferty all inclusive) – również powinien zdecydować się na Dominikanę. Taki jest właśnie fenomen tego kraju. A mnie czego brakuje najbardziej, kiedy wracam z tropiku w polskie realia, za czym tęsknię najmocniej, co wspominam najchętniej? Oto krótki przegląd dominikańskich zauroczeń i rozmaitości, do których żywię największy sentyment…

 

Carro público jest niezmiernie popularnym dominikańskim środkiem transportu

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

ZACIEŚNIANIE WIĘZI

Nie mogę bez nich żyć, normalnie funkcjonować w latynoskiej przestrzeni, są mi potrzebne, są użyteczne, charakterne. Stanowią nieodłączną część pejzażu dominikańskich miast takich jak stołeczne Santo Domingo czy Santiago de los Caballeros, mkną też nieprzerwanie gdzieś na północnym wybrzeżu Dominikany, po prostu – rządzą na drogach. Mam na myśli wieloosobowe taksówki, zwane carros públicos. To zwykłe auta osobowe, przeważnie wysłużone toyoty, mazdy lub inne modele wyprodukowane przed laty w Japonii, do których wsiada zawsze więcej pasażerów, niż powinno zgodnie z przepisami. Nie są to żadne wymuskane gabloty, raczej wyjeżdżone gruchoty, 100 razy stukane, obolałe ze starości, bez połowy okablowania, zombie na czterech kółkach, z przebiegiem Ziemia – Księżyc.

Wiele z tych wehikułów działa, o dziwo, normalnie, inne… tylko udają, że jeżdżą. Jednak chętnych do wspólnej podróży nie brakuje. Dlaczego? Bo carros públicos są względnie tanie, łatwo dostępne i wyrobione muzycznie – bachata, merengue, reggaetondudnią w nich aż miło. Co więcej, można w nich zacieśnić (i to dosłownie!) więzi z ludźmi… Kto był w Republice Dominikańskiej i korzystał z tego środka transportu, ten dobrze pamięta chwile ofiarnego dzielenia dyskomfortu ze współpasażerami: ściskanie ud, wciąganie pośladków, skręcanie w precel rąk i nóg.

Łatwo rozpoznać carros públicos po typowych oznaczeniach na dachu, na sfatygowanych drzwiach lub przedniej szybie (bywa, że strzaskanej). Z nich też wiadomo, skąd i gdzie jadą. Ich trasy, tzw. rutas, są ściśle ustalone i zwykle wiodą ważniejszymi komunikacyjnymi arteriami w mieście. Kierowcom wybitnie zależy na wydajnym przewozie pasażerów, dlatego hołdują zasadzie: im większy ścisk, tym lepiej. Powietrze może co najwyżej przez auto przepływać (i jedynie chłodzić podróżnych), a nie nim jechać.

Szczęśliwą liczbą dla każdego kierowcy carro público jest siódemka. Oznacza ona, iż zebrał wreszcie komplet pasażerów i wolno mu wcisnąć mocniej gaz. Nie będzie już ostentacyjnie zwalniał, ciągle trąbił i dawał stojącym na poboczu ludziom sygnałów, że wciąż mogą liczyć na miejsce. To moment, kiedy kierowca sobie odpuszcza. I to nie dlatego, że ma jakieś opory, martwi się o przeciążenie auta czy myśli o kontroli drogowej, nic podobnego. Chętnie by jeszcze kogoś wcisnął na dokładkę i dorzucił do kasy syndykatu, dla którego pracuje, dodatkowe pesos. Tyle że pasażerowie mu na to nie pozwolą – każda „puszka sardynek” ma swoją nieprzekraczalną pojemność! Czasem pozycja, jaką człowiek jest w stanie przybrać w przepełnionym carro público, zawstydziłaby niejednego giętkiego jogina.

Wiem, że wiele osób obawia się korzystać z tych leciwych wehikułów. Zraża je choćby niezbyt zachęcający wygląd. Można to zrozumieć. Z drugiej strony carros públicos to swojego rodzaju zjawisko społeczne – trzeba mu się przyjrzeć, najlepiej podczas obserwacji… uczestniczącej. Kierowcom tych nierzadko aut zombie nie opłaca się ich klepać, reperować, dopieszczać w warsztatach, malować nowym lakierem, dokręcać im reflektorów, podnosić zderzaków piłujących asfalt. Wóz musi jeździć, trzymać się na kołach. I wozić ludzi po swojej odwiecznej, ustalonej trasie. Jego wygląd ma drugo- albo i trzeciorzędne znaczenie. Kiedy dwa gruchoty zderzą się lekko, drasną w korku lub przy innej okazji, to być może nowe wgniecenie wyrówna stare nierówności na karoserii. Samochód nowy lub odrestaurowany nie nadaje się po prostu na carro público. Miejscowi kierowcy o tym wiedzą, a rozbawieni turyści strzelają tym jeżdżącym kuriozom setki zdjęć.

Mam również wielką słabość do innych środków lokalnego transportu. W Dominikanie chodzenie nie jest sprawą oczywistą. Jeśli ktoś spaceruje po mieście albo uprawia trekking w dzikim terenie, bo lubi z natury zdzierać nogi do bólu, to choćby szedł prostą drogą lub krążył po wertepach, może być pewien, że znienacka zjawi się przy nim usłużny osobnik na swoim stalowym rumaku, zwanym tu motoconcho (nowiutkim lub steranym życiem). I na pewno ów osobnik zaproponuje spotkanemu nieznajomemu podwózkę. W Dominikanie transport szuka człowieka, nie odwrotnie. Nieraz ta pogoń za klientem przybiera karykaturalne formy. Jednak nie sposób wyobrazić sobie przemieszczania się po tutejszych miastach, miasteczkach, małych i dużych wioskach bez tych pożytecznych motocykli taksówek. Wszędzie jest ich pełno. Produkują niewyobrażalną ilość spalin, hałasu i zamieszania. Ale wydają się częstokroć niezastąpione. Jeśli mamy w kieszeni trochę zmiętych pesos, a o własnych nogach już dalej nie pójdziemy – zatrzymajmy się. Właściciel motoconcho rozpozna ten sygnał i zjawi się od razu, żeby zabrać nas tam, gdzie tylko zechcemy. Czasem w zakorkowanej polskiej stolicy marzą mi się takie osobliwe rozwiązania komunikacyjne. Tak jak marzy mi się powrót do Río San Juan.

 

 

Kolorowy sklep ze świeżymi owocami i warzywami w spokojnym Río San Juan

© MARCIN WESOŁY/www .caribeya.pl

 

TROPIK DZIWNIE ZNAJOMY

W tym niewielkim miasteczku leżącym na północnym wybrzeżu kraju i pogrążonym w popołudniowym letargu wyczułem niegdyś zapachy znane mi z dzieciństwa, ze wsi mojego zmarłego dziadka. Bardzo mnie to rozczuliło. W parnym tropiku, jakieś 8,5 tys. km od domu, w powietrzu wibrowało coś nieuchwytnego, lecz niesłychanie swojskiego. Na Karaibach zamiast wierzb płaczących rosną palmy królewskie czy kokosowe. Więcej w tym rejonie mangowców niż gruszy lub jabłoni. Przyroda i klimat są inne niż w Polsce, podobnie jak i ludzie. A jednak odnajduję tu ślady czegoś, co mocno utrwaliło mi się w pamięci i za czym tęsknię.

Karaiby to kraina jakby ciągle zawieszona między jawą a snem. Nie dziwi więc fakt, że niektórzy wybitni pisarze, jak choćby Kolumbijczyk Gabriel García Márquez (1927–2014), potrafili czerpać z tej rzeczywistości inspirację do tworzenia wspaniałej, ponadczasowej literatury. W Polsce także miewałem takie miejsca, gdzie świat wydawał się odrealniony, ale już do nich nie wrócę, do tej dziadkowej chałupy, gdzie były cztery sypialnie, każda na inną porę roku...

Za to, na szczęście, mogę ponawiać wizyty w Río San Juan, które działa na mnie jak magnes i skradło mi duszę. Zapewne to za sprawą miejscowych, którzy mówili, że w Río jest tranquilo („spokojnie”), że otacza je piękna naturaleza („przyroda”), że trzeba koniecznie pójść na kameralną plażę, gdzie przychodzą tylko Dominikańczycy. Chodziło im o El Caletón, to cudo leżące kawałek za miasteczkiem. Zwali je pieszczotliwie la playita, całkiem trafnie, bo to rzeczywiście była plażyczka i taką pozostała – 200 m drobnego piasku, morze koloru, jaki od razu można polubić, tafla wody ledwo wzruszona i faktycznie więcej miejscowych niż obcych. Jedni odbywali sjestę, leniuchowali na leżakach stojących pod migdałowcami albo w cieniu wybujałych okazów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), zwanej tu uva de playa („winogronem plażowym”), inni jedli smakowitego kurczaka z ryżem, pili rum Brugal i piwo Presidente, schłodzone, jak Bóg przykazał.

El Caletón nie zmieniła się do dzisiaj, choć wówczas było na niej zupełnie dziko – żadnego normalnego baru czy garkuchni, ludzie przywozili wałówkę ze sobą, siadali i zaczynali biesiadę. Z biegiem czasu powstała wydajniejsza infrastruktura, na szczęście nieinwazyjna, a typowo karaibska, drewniana, idealna, aby zjeść pyszne ryby, owoce morza i wypić piña coladę prosto z wydrążonego ananasa, po czym wyjeść do reszty miąższ. Wciąż mam wiele powodów, żeby tutaj wracać. Zresztą najważniejszy z nich zawiera w sobie wszystkie pozostałe: po prostu Río San Juan wydaje mi się przejmująco znajome, wręcz rodzime i przenosi mnie w lata szczenięce, na dziadkową wieś, dokąd z radością jeździłem, aby spędzać na niej każde wakacje. Dominikańskie siano pachnie tak samo jak polskie, a tutejsze krowy muczą jak nasze. Popołudniami siadywaliśmy z dziadkiem na ławce przed wielką chałupą i wyjadaliśmy z garnka bób, który ugotowała nam babcia. Lubiłem nadgryzać sinawą łupinę bobu, wyciskać z niej miękki środek i go zjadać. Oto Karaiby magiczne, Karaiby zwodnicze – odurzą człowieka, zakpią z niego, namieszają mu w głowie, przeniosą go w czasie i przestrzeni.

 

 

Playa Frontón usytuowana na końcu rajskiego półwyspu Samaná, na wschód od Las Galeras

© MARCIN WESOŁY/www.caribeya.pl

 

PRZYSTANEK W RAJU

Kompletnie odurzony pozostaję też od 2006 r. atmosferą sielskiej miejscowości Las Galeras, leżącej gdzieś na skraju dominikańskiego świata, na półwyspie Samaná. Kiedyś, gdy krążyłem całymi dniami po Santo Domingo z aparatem i notesem, jedynie słyszałem (zazwyczaj od taksówkarzy pochodzących z tamtych rejonów) o tej prawdziwej tierra de coco – „ziemi kokosa”. Mówiono mi, że to piękna okolica, wciąż dzika, bez roju turystów. Byłem zbyt blisko tej kuszącej wizji, aby ją porzucić dla spraw, które mogły poczekać. Zresztą jak dotąd z plaży, morza i słońca miałem w nadmiarze tylko słońce, prażące niemiłosiernie na stołecznych ulicach. A przecież znajdowałem się w Dominikanie, na Karaibach!

Wciąż pamiętam, że ledwo zipiąca toyota pick-up (której pakę wypełniali rozgadani pasażerowie, ich bagaże oraz inwentarz w postaci nadpobudliwych kurczaków) wyhamowała niemalże w lazurowej wodzie zatoki Rincón. W tym miejscu kończyła się droga i kierowca zaczynał fajrant przed kolejnym kursem. Szarawy asfalt zastąpił piasek w kolorze mąki kukurydzianej. Plażę ocieniały pochyłe kokosowe palmy, targane morską bryzą. Miałem przed oczami karaibską pocztówkę, i to bez retuszu. Do dzisiaj opowiadam o tym każdemu, a komu mogę demonstruję ten cud na żywo. Gdy docieram do Las Galeras, niezmiennie ogarnia mnie szczenięcy zachwyt. Co za ulga, że człowiek czasem zapomina, jaki jest dorosły i jak wiele zjadł rozumów. Wtedy reaguje spontanicznie i nie tłumi emocji, a szczęście czyni z niego nieszkodliwego dzikusa.

To malownicze pueblo nieprzerwanie przyciąga swojskością, kameralną atmosferą i spokojem. Człowiek, który pokona kilka tysięcy kilometrów, aby uciec od europejskiej ciasnoty, znajdzie tu kawałek swojego wyczekiwanego raju. Tych, których zabieram do Las Galeras, oczarowuje lokalna gościnność. Jest im tak dobrze, że nie chcą wracać… A ja czerpię z tego ogromną radość. Oczywiście, miejscowość ewoluuje. Zmiany są raczej subtelne, a nie gwałtowne, lecz zauważalne. Prowadzi tutaj już porządna droga, pojawia się coraz więcej komfortowych pensjonatów i hotelików, poza tym niedawno w pobliżu zbudowano stację benzynową (choć pokątny handel paliwem w butelkach po piwie Presidente kwitnie po staremu).

Nie udało mi się uchować tego miejsca przed innymi, o czym na początku naiwnie marzyłem. Po prostu Las Galeras (mimo iż położone pozornie z dala od świata) jest na tyle zjawiskowe, że nie mogło pozostać nieodkryte. Poniekąd daje jakieś wyobrażenie o raju, ze swoimi czarującymi zatoczkami, cichymi plażami i połaciami wybujałej, soczystej roślinności. A ludzie pragną takiej tropikalnej rajskości i zawsze będą jej poszukiwać…

 

 

Pożywna zupa sancocho uważana za jedną z narodowych potraw Republiki Dominikańskiej

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

KULINARNE OBJAWIENIA

W Dominikanie szukam również dobrych smaków, które potem próbuję odtworzyć w Polsce (co tylko połowicznie mi się udaje). Niestety, wiele z tutejszych potraw smakuje dokładnie tak, jak powinno, jedynie w konkretnym miejscu i czasie, w sprzyjającej atmosferze: w przyplażowym barze wymalowanym w barwy reggae, w restauracji położonej na klifie omywanym przez wody zatoki Rincón, w ulicznej garkuchni opartej na grillu skleconym ze starej beczki, w cafeterii liczącej ponad 80 lat, w jadłodajni z domowymi posiłkami, gdzie robotnicy budowlani jedzą obiad w towarzystwie biznesmenów, w otwartym od ćwierćwiecza bistro prowadzonym przez nobliwego dona, któremu kłania się całe miasteczko. Od lat powracam do tych samych punktów gastronomicznych, bo jestem pewny, że zawsze zjem w nich smacznie i nie zapłacę za tę przyjemność wygórowanej ceny. Mam swoje miejscówki w Santo Domingo, Sosúa, Río San Juan czy Las Galeras. Chętnie je zarekomenduję.

Mosha jest Jamajczykiem, który od wielu lat mieszka w Republice Dominikańskiej. Przy plaży Sosúa prowadzi bar „Mosha’s Reggae Lounge”, gdzie serwuje wyśmienitego kurczaka zwanego Jamaican jerk chicken. Przyrządza go z niezwykłą pieczołowitością według oryginalnych rodzinnych receptur, z użyciem blisko 25 różnych składników. Natarte przyprawami kawałki kurczaka są marynowane przez noc, a następnie – co istotne i co podkreśla Mosha – dopiero po złożeniu zamówienia przez klienta piecze się je na grillu węglowym z dodatkiem drewna, co nadaje im wyrazisty dymny smak – charakterystyczną cechę tej potrawy. Dopełnienie stanowi ryż po jamajsku z mlekiem kokosowym (Jamaican rice and peas) oraz świeża sałatka. Pyszne karaibskie jedzenie jest gotowane z pasją i po domowemu. Wszystkie pozycje w menu są wyśmienite i warte swojej ceny. Poza tym Mosha przygotowuje znakomite „poncze na rumie” (rum punches), które potrafią umilić oczekiwanie na danie główne.

Jednym z najważniejszych punktów na kulinarnej mapie obszaru Zona Colonial (Ciudad Colonial) w Santo Domingo jest jadłodajnia „Omeroliza D’Comer”. Warto do niej zajrzeć szczególnie w porze obiadowej. Lokal ten, leżący w nieznacznym oddaleniu od głównego turystycznego deptaku El Conde, cieszy się wielką popularnością wśród miejscowych. Przyciąga pysznym, tanim (i uzależniającym!) jedzeniem z repertuaru kuchni dominikańskiej. Duże porcje nakładane są z sercem przez właścicieli. Mięso wołowe, wieprzowe czy drobiowe przyrządzane na różne sposoby wyczekuje swoich amatorów, zawsze jest soczyste i aromatyczne. Towarzyszą mu rozmaite dodatki: maniok, gotowane i smażone platany (plátanos fritos), fasola w sosie, kawałki dojrzałego, maślanego awokado (w sezonie). Pośród świetnych zup można trafić na słynne treściwe sancocho. Kuszące i obszerne menu zmienia się częściowo każdego dnia, co sprzyja nowym odkryciom i raduje podniebienie. Warto spróbować czegoś nietypowego, jak choćby rabo encendido – pokrojonych ogonów wołowych, duszonych w smacznym, nieco pikantnym sosie. W końcu jak powiedział znany amerykański podróżnik i smakosz Andrew Zimmern (prowadzący pogramy z telewizyjnej serii Bizarre Foods), który uwielbia czerpać przyjemność z oryginalnego jedzenia, jeśli coś wygląda dobrze, zjedz to!. Tutaj wszystko wygląda dobrze, a portfel nie zadrży przy rachunku.

„La Cafetera Colonial”, znana bardziej jako „La Cafetera”, stanowi ikonę obszaru Zona Colonial. Ta kultowa, ponad 85-letnia kawiarnia w sercu kolonialnego Santo Domingo sprawia wrażenie, jakby stała w nim od zawsze, a cała reszta wiekowych murów jest jedynie imponującą dobudówką wokół niej. To kulturalna oś historycznej dzielnicy, azyl intelektualistów, komentatorów politycznych, rozmaitych artystów, ekscentryków i turystów. Wewnątrz przeszłość scala się z teraźniejszością, a człowiek przyjezdny z tutejszym. Wchodząc tu, od razu czujemy dotyk historii, sięgającej pamiętnego 1930 r., kiedy władzę w kraju przejął Rafael Leónidas Trujillo (w praktyce utrzymał ją przez 31 lat, aż zginął w zamachu, choć urząd prezydenta sprawował w sumie jedynie lat 18) i huragan San Zenón zdewastował doszczętnie dominikańską stolicę. Wtedy też narodziła się „La Cafetera”, oczywiście, z miłości do kawy. Założył ją hiszpański imigrant Benito Paliza. Lokal łączył w sobie cechy europejskiej kawiarni i bistra, gdzie można wpaść na dobrą kawę albo piwo i przekąsić coś, dyskutując o palących sprawach polityczno-społecznych. Miejsce służyło zarówno cyganerii czy twórcom, jak i ludziom biznesu. W czasie dyktatury konspirowali tutaj przeciwnicy Trujilla. W „La Cafeterze” wciąż czuć przyciągającą atmosferę nostalgii. Gdzieniegdzie panuje półmrok i chłód, nawiewany wiatrakami łopoczącymi na suficie. Kunsztowny szyld, jakby żywcem wyjęty z innej epoki, przylgnął do ściany nad wejściem niczym wielki, brązowy gekon. W środku znajduje się wąskie przejście, wysokie sklepienie, a na tyłach – kameralna wnęka z kilkoma stolikami. Centrum stanowi masywny i długi kontuar z rzędem taboretów oraz niezawodna maszyneria do parzenia wybornej café dominicano. Repertuar trunków i przekąsek jest skromny, lecz sprawdzony, od lat ten sam: kawa, wedle gustu, świeże soki owocowe, grillowane kanapki na każdy apetyt i trochę wypieków, w tym przepyszne ciasto biszkoptowe. Rządzi, oczywiście, kawa oceniana przez stałych bywalców jako najlepsza na świecie. Niewiele w tym przesady.

Całkiem zrozumiałe są również zachwyty spektakularnym widokiem na zatokę Rincón, jaki rozciąga się ze szczytu malowniczego klifu, gdzie powstała restauracja „El Cabito”. Do tego miejsca, oddalonego o ok. 3 km od centrum Las Galeras, można dojść piechotą ścieżką prowadzącą pośród bujnych plantacji bananowców lub podjechać motoconcho. Lokal prowadzi przeuroczy, troszczący się o gości Hiszpan z Majorki – Tomeu. Przygotowuje rewelacyjną paellę z owocami morza, również dla większej grupy. Czekanie uprzyjemnia dobrze schłodzone, hiszpańskie białe wino. Potem na stół wjeżdża ogromna paellera wypełniona po brzegi szafranowym ryżem, krewetkami i małżami (w tym „scyzorykami” – navajas, czyli okładniczkami, nożeńcami). Niegdyś kręcono tu fragment jednego z odcinków popularnej serii podróżniczo-kulinarnej Bez rezerwacji z nieodżałowanym Anthonym Bourdainem (tragicznie zmarłym na początku czerwca 2018 r.). W „El Cabito” warto zgrzeszyć nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, choć tanio nie będzie. Zazwyczaj restauracja nadaje się najlepiej na kulinarną rozpustę wieńczącą pobyt na przepięknym półwyspie Samaná.

Za to miejscem, które nie wyróżnia się niczym specjalnym, jest „Comedor Rossy” przy głównej ulicy w Las Galeras. Mamy tutaj wiatę, pod nią kilka stołów nakrytych bordowymi obrusami, plastikowe krzesła, żwirek zamiast litej posadzki, naturalną klimatyzację i tablicę z nazwami kilku dań. Jeden z gości oblizuje palce po brunatnym sosie z duszonego kurczaka, drugi miesza fasolę z ryżem na talerzu i pałaszuje radośnie, inny uruchamia motocykl, trzymając w dłoni styropianowe pudełka z obiadem na wynos. To w zasadzie typowa dominikańska jadłodajnia jak setki innych w kraju. Żadnych fajerwerków. I właśnie to jest jej siłą, ta zwyczajna niezwyczajność. Można przemknąć obok, nie zauważyć jej i… stracić szansę na to, że stanie się naszą ulubioną miejscówką. Właścicielka „Comedor Rossy” z ekipą gwarantują domową atmosferę i dobre jedzenie. Najlepsze są świeże ryby a la plancha, czyli grillowane na beczkowym grillu tuż przed podaniem: soczyste, aromatyczne, pełne smaku, serwowane z dodatkami – ryżem, smażonymi bananami i fasolką w sosie (która smakuje wszędzie w Dominikanie tak samo, jakby istniała jakaś jedyna, uniwersalna receptura!). Obok talerza pojawia się oczywiście lodowate piwo Presidente albo orzeźwiający sok naturalny z różnych dostępnych owoców (ananasa, papai, guawy, limonki). „Comedor Rossy” potrafi człowieka nakarmić i sprawić, aby tu wrócił.

Z kolei w Río San Juan za kultowy punkt na mapie kulinarnej uchodzi licząca sobie ponad ćwierć wieku „La Casona”. Jej właściciel, Freddy Casona, jest w miasteczku postacią znaną i szanowaną. Wraz z żoną Carmen prowadzą lokal, w którym serwują najlepsze empanadas (smażone przekąski w kształcie nieco większych pierogów) w zasięgu wielu kilometrów. Już podczas pierwszej wizyty rozpoznaje się w nim galaktyki smaków dzięki przebogatemu wyborowi różnego rodzaju nadzienia: ryba, kalmar, langusta, krab, kurczak, wieprzowina, wołowina, ser, warzywa oraz wyśmienite połączenia tychże farszów. Do tego można zamówić świeże soki. Jest tak pysznie, że człowiek zje tutaj dwie empanadas na śniadanie i wróci na obiad, choćby po to, aby skosztować potrawki z krabów. Następnego dnia rytuał powtórzy. Oto magia tego miejsca.

Zresztą ten czar, ta różnorodność i wszelaka obfitość znakomicie określają Dominikanę, definiują jej charakter i przyciągają przybysza, który ani ciałem, ani duchem nie może się od niej uwolnić, czego sam jestem najlepszym przykładem. Pragnę tu wracać, do tych dominikańskich rozmaitości, po kolejne porcje zauroczeń…

 

Wydanie jesień-zima 2018

Bliska Polsce piękna Saksonia

KAROLINA BOROWSKA

www.dresden-drezno.de

 

<< „W Chemnitz pracowano, w Lipsku handlowano, a w Dreźnie hulano” – to stare powiedzenie dobrze określa miasta Saksonii. Pierwsze z nich w XIX w. było zwane saksońskim Manchesterem ze względu na dymiące kominy licznych fabryk. Po bogatych fabrykantach zachowała się w nim do dziś nie tylko ciekawa architektura przemysłowa i miejska, ale też niezwykle bogate zbiory sztuki. Handlowy Lipsk słynie z Lipskich Targów Książki (Leipziger Buchmesse). Początki tradycji drukarskich i wydawniczych sięgają w nim XVI stulecia. Miasto zachwyca zabytkami: renesansowym Starym Ratuszem (Altes Rathaus), barokowymi kamienicami czy Starą Giełdą Handlową (Alte Handelsbörse) i pasażami handlowymi ze słynną Piwnicą Auerbacha (Auerbachs Keller). A Drezno? O nim można opowiadać bez końca… >>

Oprócz Chemnitz, Lipska i Drezna w Saksonii znajduje się jeszcze wiele malowniczych miast i miasteczek z wyjątkową historią i bogatą kulturą. Ich zabytkowa zabudowa została w ostatnich 20 latach wspaniale odrestaurowana. Podobnie odrodziła się okoliczna piękna przyroda. Wiele obszarów zanieczyszczonych w wyniku działalności przemysłowej poddano rekultywacji, w miejscu dawnych kopalni odkrywkowych powstały tereny rekreacyjne. W Saksonii znajduje się ok. 1 tys. pałaców, zamków, dworków i ogrodów. Polscy turyści bywają zaskoczeni i zachwyceni, jak znakomicie dzisiaj wygląda region należący kiedyś do Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD).

 

Drezdeńskie Stare Miasto w okolicy mostu Augusta (Augustusbrücke) na Łabie

© k.A./Anja Upmeier

 

Ten niemiecki kraj związkowy dzieli od Polski tylko linia graniczna. Jak to zwykle z sąsiadami bywa, zdarzały nam się dobre i złe czasy. Przyjacielskie relacje przeplatały się ze sporami i nieporozumieniami. W trudnych chwilach potrafiliśmy sobie służyć pomocą. Tak w skrócie można opisać historię naszych wzajemnych kontaktów. Dziś w Saksonii wciąż natkniemy się na słowiańskie nazwy miejscowości. Wielu jej mieszkańców przyjeżdża do Polski na urlop nad morzem czy w górach. W końcu mamy do siebie tak blisko!

 

NA GRANICY

Dzięki utworzeniu strefy Schengen w 1995 r. zniknęły wewnętrzne granice w Unii Europejskiej, przez Nysę Łużycką można przejść mostem, karmiąc polsko-niemieckie kaczki. Od naszej strony, na prawym brzegu stoi młyn trójkołowy ze spichlerzem, gdzie składowano zboże. Na ścianie budynku powstała płaskorzeźba o powierzchni ponad 100 m² zatytułowana WAZE, czyli Wizerunek Artystyczny Zjednoczonej Europy, autorstwa Vahana Bego i Michała Bulaka. Zgorzelec i Görlitz spoglądają na siebie przez rzekę oddzielającą Polskę od Niemiec.

Ze względu na pięknie odrestaurowane historyczne centrum i jeszcze nieodnowione budynki niemieckie miasto często staje się planem filmowym. To w nim kręcono niektóre sceny do takich filmów, jak Bękarty wojny (2009 r.) w reżyserii Quentina Tarantino, Lektor (2008 r.) z oscarową rolą Kate Winslet czy Grand Budapest Hotel (2014 r.). Dlatego nazywa się je czasem żartobliwie Görliwood.

Görlitz i Zgorzelec mają bogatą ofertę kulturalną. Oba miasta w tym samym czasie zapraszają na różne wspólne festiwale, np. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych ViaThea. Gdy po niemieckiej stronie Nysy Łużyckiej odbywa się Festyn Staromiejski (Altstadtfest Görlitz), po polskiej można wziąć udział w Jakubach. Decyzją władz obu ośrodków 8 lipca 2003 r. powołano do życia Europa-Miasto (niem. Europastadt). Postanowiono również razem ubiegać się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2010 r. Niestety, wybór padł wówczas na innych kandydatów.

Görlitz miało dużo szczęścia. Podczas II wojny światowej nie zostało zbombardowane. Na początku maja 1945 r. Niemcy wysadzili most Staromiejski, który odbudowano i ponownie otwarto w październiku 2004 r. Ze względu na brak funduszy i położenie na peryferiach NRD zaniedbane historyczne centrum ocalało i nie zabudowano go blokami. Przeprowadzenie rewitalizacji miasta było możliwe nie tylko dzięki wsparciu Unii Europejskiej. Od 1995 r. przez 11 kolejnych lat nieznany donator przekazywał Görlitz fundusze przeznaczane na renowację zabytków. Łączna kwota tego wsparcia wyniosła ponad 10 mln euro.

 

W ŁUŻYCACH GÓRNYCH

Jeśli ktoś chce zobaczyć krzywą wieżę, nie musi koniecznie jechać do Pizy. Tuż przy autostradzie łączącej Zgorzelec z Dreznem znajduje się ponad tysiącletni Budziszyn (Bautzen) położony nad Sprewą. Wież mamy tutaj 17, a jedna z nich (Bogata Wieża – Reichenturm) jest bardzo krzywa – jej odchylenie od pionu wynosi 1,44 m.

W tym mieście od wieków żyją Niemcy i Górnołużyczanie (należący do Serbołużyczan), niewielka grupa etniczna (szacowana na ok. 45–60 tys. ludzi), która do dzisiaj kultywuje swoje obyczaje, takie jak wielkanocna procesja konna przyciągająca setki turystów z całego świata. Zabudowania historycznej części Budziszyna otoczone są prawie na całej długości murami obronnymi – podczas spaceru wzdłuż nich można podziwiać genialny system pompowania wody pochodzący ze średniowiecza. Blisko rynku z dumnym Ratuszem (Rathaus) znajduje się Katedra św. Piotra (Dom St. Petri). Kościół podzielony jest na dwie części: katolicką i protestancką. Sąsiaduje z nim kapituła przyklasztorna ze znaczącym skarbcem i barokowym portalem. Wąskie uliczki Budziszyna prowadzą do urokliwych zaułków i romantycznych ruin. Wśród tych ostatnich warto wymienić pozostałości Kościoła św. Mikołaja (St.-Nikolai-Kirche) z cmentarzem. Nad miastem góruje zamek Ortenburg, na który składają się późnogotycka budowla główna i trzy renesansowe ściany szczytowe.

 

WYJĄTKOWE DZIEŁO

Niezbyt duże miasto Zittau (Żytawa) zasługuje na wyróżnienie z powodu niezwykłego skarbu. Jest nim Wielkie Płótno Wielkopostne (Wielka Zasłona Wielkopostna) z 1472 r. o olbrzymich rozmiarach (8,2 x 6,8 m). Na 90 kwadratowych obrazach przedstawia ono sceny ze Starego i Nowego Testamentu oraz ksiąg apokryficznych, od stworzenia świata aż po Sąd Ostateczny. Znajduje się tu jeszcze jedno takie arcydzieło – Małe Płótno Wielkopostne (4 x 3 m) pochodzące z 1573 r.

Z Zittau można udać się parową kolejką wąskotorową do miejscowości Oybin, aby odwiedzić pozostałości gotyckiego klasztoru i zamku. Ruiny na tle tutejszego krajobrazu tworzą wyjątkowo malowniczy widok. Po drodze pasażerowie oglądają niezwykłe formacje skalne z piaskowca oraz romantyczne wioski górskie z charakterystycznymi domami przysłupowymi.

 

SASI I POLACY

Stolica Saksonii, Drezno, bywa nazywana Florencją nad Łabą ze względu na piękną architekturę i wspaniałe zbiory sztuki. Pierwsza udokumentowana wzmianka o mieście pochodzi z 1206 r. Pod koniec XV w. stało się ono stolicą Elektoratu Saksonii. W kolejnym stuleciu, w 1549 r., elektor Maurycy Wettyn (1521–1553) połączył dwa leżące po przeciwnych stronach Łaby miasta w jedno i rozbudował zamek. Jednym z najważniejszych wydarzeń w historii stosunków między Polską a Saksonią było zawarcie unii polsko-saskiej związanej z wybraniem w 1697 r. na władcę Rzeczypospolitej elektora Fryderyka Augusta I (Augusta II Mocnego), a później (w 1733 r.) jego syna Fryderyka Augusta II (Augusta III).

Na terenie zniszczonej w 1685 r. przez pożar dzielnicy położonej naprzeciwko Starego Miasta wybudowano barokowe Nowe Miasto (Neustadt). Stoi tu słynny pomnik Augusta II Mocnego – złoty jeździec na złotym koniu pędzi w kierunku Warszawy, do swojej drugiej rezydencji. Do dzisiaj zachowała się duża część dawnych zabudowań, większość ocalała po II wojnie światowej. Ulica Królewska (Königstraße) prowadzi pośród odrestaurowanych barokowych kamienic do Pałacu Japońskiego (Japanische Palais). Jego nazwa wskazuje na inspiracje kulturą Dalekiego Wschodu, szczególnie silne w epoce baroku. August II Mocny posiadał znaczącą kolekcję porcelany azjatyckiej oraz miśnieńskiej. Tutaj miał powstać porcelanowy pałac, który nigdy nie został całkowicie ukończony.

Hauptstraße ze złotym jeźdźcem to deptak z aleją platanów, gdzie można spokojnie i miło spędzić czas. Jest tu wiele kawiarni, restauracji i sklepów oraz pasaże rzemieślnicze założone na barokowych dziedzińcach. Przy deptaku znajduje się Kościół Trzech Króli (Dreikönigskirche) ze wspaniałym ołtarzem. Naprzeciwko niego wznosi się zabytkowa hala targowa z końca XIX w. (Neustädter Markthalle).

 

BUDOWLE GODNE KRÓLA

Tuż pod kopytami konia Augusta II Mocnego zaczyna się most łączący Nowe Miasto ze Starym (Augustusbrücke). Rozpościera się z niego wspaniały widok na Drezno z jego wieżami, operą i kamienną kopułą luterańskiego Kościoła Marii Panny (Frauenkirche).

Aby zasiąść na polskim tronie, August II Mocny został katolikiem, ale kościół katolicki wybudował dopiero jego syn. August III poślubił w 1719 r. córkę cesarza Józefa I Habsburga Marię Józefę. Jednym z warunków zezwolenia na to małżeństwo było wzniesienie świątyni tego wyznania.

Katedrę św. Trójcy w Dreźnie (Kathedrale Ss. Trinitatis), w której obecnie w każdą niedzielę po południu odbywają się msze w języku polskim, zaprojektował Włoch Gaetano Chiaveri (1689–1770). Kościół w stylu późnego baroku ozdobiono 78 figurami świętych (w tym trzech polskich – Kazimierza, Stanisława ze Szczepanowa i Stanisława Kostki). Pobliski Zamek Rezydencjonalny wznoszono przez 800 lat, ale wystarczyła jedna noc, aby prawie zrównać go z ziemią. Odbudowa zniszczonego w czasie bombardowania z lutego 1945 r. obiektu rozpoczęła się w latach 80., jedynie niektórych wnętrz nie udało się jeszcze odtworzyć. W zamku znajdują się wspaniałe zbiory sztuki, prezentowane np. w nowym i historycznym Zielonym Sklepieniu (Grünes Gewölbe), słynnych skarbcach zawierających przedmioty wykonane ze złota, srebra i kamieni szlachetnych (jest tutaj m.in. jedyny na świecie diament o zielonym kolorze i masie niemal 41 kr). W Komnacie Tureckiej zebrano przykłady broni osmańskiej, w tym łupy wojenne z bitwy pod Wiedniem, w której książę saski walczył wraz z królem Janem III Sobieskim przeciw Turkom.

August II Mocny pragnął mieć również pałac przynajmniej tak okazały jak ten we francuskim Wersalu. Budowę późnobarokowego Zwingeru rozpoczął w 1709 r. Już 10 lat później na jego dziedzińcu odbyło się wydarzenie, jakiego w Europie jeszcze nie widziano. Zabawy z okazji ślubu syna władcy trwały cały miesiąc. Dziś w Zwingerze także można podziwiać wyjątkowe dzieła sztuki. W tutejszej galerii malarstwa znajduje się jeden z najpiękniejszych obrazów na świecie – Madonna Sykstyńska pędzla Rafaela. Aniołki spod jej stóp zrobiły własną karierę i obecnie zdobią pamiątkowe kubki, magnesy, pocztówki i inne bibeloty sprzedawane w wielu europejskich miastach. Poza tym na zainteresowanie w drezdeńskim zespole pałacowym zasługują m.in. Pawilon Porcelanowy i Salon Matematyczno-Fizyczny.

 

NOWE CZASY

August III próbował kontynuować dzieło swojego ojca, ale przeszkodziła mu wojna siedmioletnia (1756–1763). Dopiero ok. 100 lat później po zrealizowaniu projektu Gottfrieda Sempera (1803–1879) dotychczas otwarte skrzydło kompleksu pałacowego Zwinger zamknięto budynkiem galerii malarstwa (Sempergalerie) i placem Teatralnym z nową operą nazwaną od nazwiska architekta Semperoper. W niej zaczął swoją wielką karierę młody kompozytor Ryszard Wagner (1813–1883). Do dzisiaj w operze wystawiane są jego dzieła. Tutejsza orkiestra – Staatskapelle Dresden – należy do najstarszych (utworzono ją już w 1548 r.) i najwybitniejszych na świecie. Podczas zaborów bliskie Drezno przyciągało polskich emigrantów, a opera dawała im pracę. Pierwszym skrzypkiem Wagnera był Karol Lipiński (1790–1861). Występowała tu też słynna śpiewaczka koloraturowa Marcelina Sembrich-Kochańska (1858–1935). Adam Mickiewicz napisał wiosną 1832 r. w Dreźnie III część Dziadów (tzw. Dziady drezdeńskie). Fryderyk Chopin oświadczył się w mieście w 1836 r. Marii Wodzińskiej, a Józef Ignacy Kraszewski mieszkał w nim i tworzył (z okresu drezdeńskiego, z lat 1873–1875, pochodzi tzw. trylogia saska – Hrabina Cosel, Brühl i Z siedmioletniej wojny).

W tym czasie powstawały wytworne dzielnice willowe. Zamożni mieszkańcy opuszczali ciasne centrum miasta, przyroda i świeże powietrze przyciągały także szlachtę z całej Europy, sławnych artystów i wzbogacających się fabrykantów. W jednym z trzech pięknych pałaców w rejonie winnic zamieszkał Karl August Lingner (1861–1916), wynalazca płynu do płukania jamy ustnej Odol. Jego sąsiad Ottomar Heinsius von Mayenburg (1865–1932) opracował formułę pasty do zębów Chlorodont. W okolicy wzniesiono wytworne sanatorium dla bogatej klienteli – Weißer Hirsch. Z myślą o kuracjuszach i mieszkańcach willi wybudowano kolejki linowe: terenową i podwieszaną. Dziś należą one do najstarszych na świecie. Ze wzgórz, na które wjeżdżają, rozpościera się najpiękniejszy widok na Drezno i wijącą się w dolinie Łabę. Brzegi rzeki połączono w 1893 r. żelaznym mostem umocowanym na linach, nazwanym później Niebieskim Cudem (Blaues Wunder).

                Pod koniec XIX w. powstała nowa dzielnica grynderska, zwana Zewnętrzne Nowe Miasto (Äußere Neustadt), gdyż wybudowano ją poza dawnymi murami obronnymi. Dzisiaj jest ona obszarem wielokulturowym. Mieszka tutaj wielu studentów, również z Polski. Nocą życie toczy się w tym miejscu w licznych klubach i pubach. W dzień do Äußere Neustadt przybywają turyści, aby odwiedzić Pasaż Sztuki (Kunsthofpassage), najpiękniejszy sklep mleczny świata (według Księgi rekordów Guinnessa) – Dresdner Molkerei Gebrüder Pfund, lub jeden z najstarszych cmentarzy żydowskich w Europie (utworzony w 1751 r.).

 

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW

Pod koniec II wojny światowej, 13, 14 i 15 lutego 1945 r., alianci przeprowadzili naloty dywanowe na Drezno. W wyniku bombardowań i pożarów miasto uległo zniszczeniu. Władze NRD odbudowały tylko niektóre zabytki (np. Zwinger, Katedrę św. Trójcy i Operę Sempera). Wiele historycznych budynków postanowiono wyburzyć do końca. Ratunku nie doczekał się m.in. Kościół św. Zofii, z ziemią zrównano pozostałości zabudowy dzisiejszej Prager Straße.

Po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. Drezno zaczęło odradzać się na nowo. Przede wszystkim zainicjowano odbudowę Kościoła Marii Panny, którą finansowano w dużej mierze ze składek osób prywatnych z wielu krajów. Odgruzowywanie rozpoczęło się w styczniu 1993 r., a po niemal 13 latach prac, w październiku 2005 r., świątynia została ponownie konsekrowana. Wielkim symbolem pojednania stał się złoty krzyż na kopułę sprezentowany przez Brytyjczyków. Warto także wspomnieć, że w odbudowie kościoła wzięli udział Polacy z Gostynia.

Na przełomie 2005 i 2006 r. rozpoczęto też prace na terenie Starego Miasta. Przede wszystkim dawny blask odzyskał Nowy Rynek (Neumarkt). Zdecydowano się na odbudowę z zachowaniem historycznych obiektów i przywrócenie barokowych kamienic.

Dzisiaj Drezno jest nie tylko miastem wielu wspaniałych zabytków. Znaczną jego część zajmują tereny zielone. Dlatego warto wybrać się tu na spacer lub wycieczkę rowerową po zewnętrznych dzielnicach, które zachwycają pięknem przyrody.

 

CHWILA ODDECHU

Obojętnie w którym kierunku wyrusza się z centrum Drezna, już po krótkim czasie można natrafić na zachwycające pałace, barokowe ogrody, malownicze miasteczka i tereny górskie. Dwór saski, aby uniknąć miejskiego skwaru i wyswobodzić się z oków sztywnej dworskiej etykiety, najchętniej przybywał latem do Pillnitz (dziś części Drezna). Wybierano się do niego gondolami. August II Mocny kazał wybudować w tej okolicy pałacyki w stylu chinoiserie pośród wspaniałego parku, który zajmował powierzchnię ok. 28 ha i gdzie odbywały się zabawy i przedstawienia teatralne. Pod koniec XVIII stulecia założono tu hodowlę niezwykłych roślin i zajmowano się badaniem przyrody. Prawdziwy botaniczny skarb stanowi dziś jedna z najstarszych w Europie kamelii (ma ponad 230 lat) – wysokie na niemal 9 m drzewo w zimie chroni ruchoma szklarnia (przesuwana na specjalnych szynach). Zespół pałacowo-ogrodowy w Pillnitz położony jest na malowniczym szlaku saksońskiego wina. W tym cudownym rejonie mieszka i pracuje polska rzeźbiarka z Łodzi, Małgorzata Chodakowska. W trakcie odwiedzin w winnicy jej męża Klausa Zimmerlinga (Weingut Klaus Zimmerling) można degustować wspaniałe wino, a czasem też spotkać sympatyczną artystkę.

                Z Pillnitz blisko do miasta Pirna, leżącego nad Łabą na tle górskiego krajobrazu. Tutaj czas jakby się zatrzymał. Historyczny rynek (Marktplatz) z Ratuszem (Rathaus) otaczają piękne kamienice, uwiecznione niegdyś przez słynnego malarza Bernarda Belotta, zwanego Canalettem (1721–1780). Do najważniejszych zabytków miejscowości zalicza się m.in. późnogotycki Kościół Mariacki (Marienkirche), wspomniany Ratusz, Dom Canaletta (Canaletto-Haus) z początku XVI w., gdzie mieści się obecnie informacja turystyczna, stary browar oraz górujący nad Pirną barokowy zamek Sonnenstein.

 

WIDOK Z GÓRY

Twierdza Königstein (Festung Königstein) znajduje się w Parku Narodowym Szwajcarii Saksońskiej (Parku Narodowym Saskiej Szwajcarii – Nationalpark Sächsische Schweiz) w Górach Połabskich. Zbudowano ją na szerokim szczycie zalesionego płaskowyżu wyrastającego z zielonej doliny, ok. 240 m nad poziomem Łaby. Budowla już z daleka wywiera ogromne wrażenie. Trudno rozpoznać, co zostało wykonane rękami człowieka, a co jest dziełem natury. Na powierzchni 9,5 ha znajdują się tutaj m.in. stary garnizon, zamek, baszty, dwie zbrojownie oraz studnia wykuta w skale, o głębokości aż 152,5 m.

Dzięki zapasom żywności i dostępowi do wody załoga twierdzy mogła przetrwać nawet długotrwałe oblężenie. Forteca nigdy nie została zdobyta. Służyła jako więzienie i miejsce przechowywania drezdeńskich skarbów. Przywożono je tu, gdy miastu groziło niebezpieczeństwo. W kościele garnizonowym żołnierze modlili się o pokój.

Wystawy w poszczególnych obiektach ukazują blisko 800-letnią historię twierdzy. Warto przespacerować się wzdłuż murów obronnych (o długości 1,8 tys. m), podziwiając po drodze niepowtarzalny widok na malowniczą okolicę. To miejsce przypadło do gustu również Augustowi II Mocnemu, który kazał przebudować tutejszy barokowy Zamek Fryderyka (Friedrichsburg) i skonstruować w piwnicy największą beczkę wina na świecie o pojemności ok. 250 hl (była ona ozdobiona herbem Polski).

Przejażdżkę krajoznawczą po tym wspaniałym regionie można odbyć m.in. historycznym, czerwonym autobusem kursującym z miejscowości Königstein do formacji Bastei. Jeździ on przez miasteczko Bad Schandau, które podobnie jak Pirna jest dobrą bazą wypadową do wędrówek czy wycieczek rowerowych po okolicy. Stąd blisko już do granicy z Czechami (ok. 6 km). Historyczny tramwaj (Kirnitzschtalbahn) zabiera pasażerów do popularnego tu wodospadu Lichtenhainer, w pobliżu którego na smaczne dania rybne zaprasza miejscowa restauracja. Po zwiedzaniu odpocząć można w komfortowym kompleksie Toskana Therme Bad Schandau z basenami z wodą termalną i bogatą ofertą zabiegów.

 

Twierdza Königstein nazywana Saksońską Bastylią

© k.A./Herbert Boswa nk

 

WŚRÓD SKAŁ

Z doliny Łaby należy koniecznie wspiąć się do formacji skalnej Bastei, czyli Baszta. Tutaj znajduje się historyczny most, który stał się symbolem Szwajcarii Saksońskiej. Wybudowany został nad stromą przepaścią w pobliżu starego zamczyska. Z tutejszych tarasów widokowych rozpościera się przepiękna panorama. A u stóp skał, nad brzegiem Łaby, w miejscowości Rathen czeka naturalny amfiteatr, gdzie odbywają się wspaniałe spektakle według książek Karola Maya (Karla Maya). Indianie i kowboje walczą ze sobą pośród skał. Miłośnicy muzyki klasycznej mogą z kolei delektować się w amfiteatrze operą Wolny strzelec Carla Marii von Webera.

Innym ciekawym obiektem historycznym jest średniowieczny zamek Stolpen. Hrabina Cosel (Anna Konstancja von Brockdorf), słynna metresa Augusta II Mocnego, została w nim uwięziona w 1716 r. Zmarła tu w wieku 84 lat. Murów zamku nie opuściła nawet po swojej śmierci w marcu 1765 r. Hrabinę pochowano w dawnej kaplicy zamkowej. Wystawa na trzech piętrach Wieży Jana (Johannisturm) opowiada o jej losach i popadnięciu w niełaskę u władcy.

Aby uczynić zamek niezależną twierdzą na wypadek oblężenia, zlecono wykucie w nim studni. Jej głębokość wynosi ponad 84 m. Uchodzi za najgłębszą wykutą w kamieniu (niezabudowaną) studnię bazaltową świata. Do rozpowszechnienia samej nazwy „bazalt” przyczynił się Georgius Agricola (1494–1555), który badaną w tym miejscu skałę tak właśnie ochrzcił. W zamkowych pomieszczeniach udostępniono interesujące ekspozycje prezentujące historię budowli. Podczas zwiedzania trzeba jednak mieć się na baczności, bo podobno straszą tutaj duchy…

 

Zabytkowa Miśnia, założona w 929 r., słynie z produkcji wina oraz porcelany miśnieńskiej

© k.A./Tou rist Information MeiSSen

 

PORCELANA I WINO

Powróćmy na szlak wina prowadzący przez Pillnitz i Drezno do Miśni (Meißen). Ten boski napój produkuje się tu od 800 lat. Na łagodnych, nasłonecznionych wzniesieniach ozdobionych pałacykami uprawia się winorośl na kamiennych tarasach. W Miśni i wielu małych, urokliwych miejscowościach można degustować lokalne wyroby.

Samo miasto wyróżnia się średniowiecznym historycznym centrum. Na rynku (Marktplatz) z imponującym Ratuszem (Rathaus), otoczonym pięknymi domami mieszczańskimi z bogato zdobionymi fasadami, wzrok przyciąga wieża Kościoła Marii Panny (Frauenkirche), z której rozlegają się dźwięki nietypowego karylionu z porcelany miśnieńskiej. Właśnie tutaj produkuje się przecież słynne białe złoto. Nad Miśnią górują gotycka Katedra św. Jana i św. Donata (Meißner Dom), zamek biskupów i niezwykły Zamek Albrechta (Albrechtsburg), dawna rezydencja Wettynów. Ta ostatnia budowla stała się wzorem dla innych reprezentacyjnych siedzib na terenie Niemiec. Przepis na cenną porcelanę miśnieńską wypracował Johann Friedrich Böttger (wspólnie z Ehrenfriedem Waltherem von Tschirnhausem i Gottfriedem Pabstem von Ohainem). Ten aptekarz i alchemik miał na zlecenie Augusta II Mocnego wynaleźć metodę otrzymywania złota. Pracował w tajemnym laboratorium w Baszcie Dziewiczej (Jungfernbastion, Jungfernbastei) w Dreźnie. Pierwszą manufakturę porcelany otwarto w 1710 r. ze względów bezpieczeństwa w Albrechtsburgu, ponieważ obawiano się wykradzenia receptury. W XIX w. przeniesiono ją w lepiej nadające się do celów produkcji miejsce za murami miasta. W Państwowej Manufakturze Porcelany w Miśni (Staatliche Porzellan-Manufaktur Meissen) znajdują się obecnie pokazowe warsztaty, gdzie można na żywo przyglądać się, jak wytwarza się i maluje przedmioty z białego złota. Do dziś robi się to ręcznie. W obszernym muzeum i eleganckich sklepach obejrzymy mnóstwo wyjątkowych porcelanowych dzieł.

Aby zapoznać się z tradycją produkcji wina w Saksonii i spróbować go w niezmiernie pięknym otoczeniu, trzeba udać się do Radebeul. Na terenie barokowego zespołu pałacowego Wackerbartha znajduje się warta odwiedzenia winnica. W okolicy są także romantyczne pałacyki i wytworne wille. Godna uwagi jest również winiarska posiadłość Hoflößnitz. Radebeul to miasto pisarza Karola Maya (1842–1912). Był on bez wątpienia najsłynniejszym tutejszym mieszkańcem. Jego powieści o przygodach Apacza Winnetou i Old Shatterhanda zyskały sobie miliony czytelników na całym świecie.

Z Radebeul historyczna, wąskotorowa kolejka (Lößnitzgrundbahn) kursuje przez dolinę rzeki Lößnitz do Radeburga. W trakcie przejażdżki warto wysiąść w połowie drogi w bajecznym Moritzburgu. Tutaj znowu będziemy gośćmi Augusta II Mocnego. To właśnie on kazał przebudować miejscowy stary zamek na rezydencję pałacową. Ten klejnot barokowej architektury był położony pośród stawów i lasów pełnych dzikiej zwierzyny, czemu zawdzięcza swój myśliwski charakter. Dziś można w nim oglądać niezwykły zbiór poroży. Wielka jadalnia prezentuje kulturę odprawiania uczt. W komnatach stoją historyczne meble, a ściany zdobią wspaniałe kurdybany. Jest tu też łoże z baldachimem i zasłonami utkanymi z ok. 1 mln kolorowych, ptasich piór. W rezydencji kręcono sceny do popularnego filmu o Kopciuszku z 1973 r., produkcji enerdowsko-czechosłowackiej. Dzisiaj co roku odbywa się w niej bal królewski oraz wystawa o Kopciuszku. W okolicy znajduje się rokokowy Bażanci Zameczek (Fasanenschlösschen). O jego ogromnej wartości artystycznej świadczą egzotyczne okładziny ścienne wykonane z piór i słomy oraz ozdobione koralikami i haftem w stylu chinoiserie. Nad brzegiem stawów zachował się port z latarnią morską, gdzie odbywały się widowiskowe pokazy bitew morskich z wystrzałami z armat. Jak widać, bliska Polski, pełna atrakcji Saksonia warta jest odkrycia.

 

Wydanie jesień-zima 2018