MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Każdego roku rośnie liczba polskich pasjonatów piwa i wina korzystających z ofert zagranicznych wyjazdów turystycznych stworzonych specjalnie z myślą o nich. Coraz więcej rodzimych biur podróży przygotowuje programy dedykowane koneserom piwnych i winnych zapachów i smaków. Łączą one przyjemność podróżowania, zwiedzania największych atrakcji danego kraju lub regionu z możliwością poznania w lokalnych browarach i winnicach procesów powstawania miejscowych niepowtarzalnych trunków, zamkniętych w kuszących butelkach z pięknymi etykietami. Na uczestników takich wypraw czekają także degustacje świeżo warzonych złocistych napojów z pianką czy najprzedniejszych win. Wśród polskich turystów dużą popularnością cieszą się wyjazdy piwne (turystyka browarna lub birofilska) m.in. do Belgii, zwłaszcza do Walonii i Brukseli. W tym państwie wytwarza się obecnie aż ponad 500 gatunków piwa. Nic więc dziwnego, że na pielgrzymki po belgijskich browarach ciągną miłośnicy złocistego napoju z całej Europy. Natomiast wycieczki winne (enoturystyczne) z Polski często prowadzą na Węgry – do kraju naszych bratanków, gdzie znajdują się aż 22 regiony winiarskie. Nie masz wina nad węgrzyna! – te słynne staropolskie powiedzenie może dziś potwierdzić wielu naszych miłośników szlachetnych gronowych trunków, którzy mieli przyjemność zwiedzać winiarnie w Egerze, Badacsony nad Balatonem czy Villány.

 

Belgia to raj dla piwoszy, państwo tysięcy uroczych piwiarni. Każda z nich ma swoją interesującą historię, oryginalne wnętrze i niepowtarzalny klimat przyciągający turystów z całego świata. Będąc na przepięknym Wielkim Placu (Grand-Place) w stołecznej Brukseli, możemy podziwiać liczne lokale w zabytkowych budynkach serwujące najlepsze regionalne piwa. Jest w czym wybierać, bowiem Belgia słusznie cieszy się opinią producenta wysokiej jakości złocistych napojów z pianką, w dodatku tworzonych z wielką fantazją… To samo, z tym że w odniesieniu do win, można powiedzieć o Węgrzech. Kraj naszych bratanków należy do czołówki państw wytwarzających szlachetne gronowe trunki, a wiele madziarskich produktów uznaje się za jedne z najlepszych na świecie. Wystarczy tylko wspomnieć o tokajach aszú lub szamorodni,czerwonych winach z lokalnego szczepu winogron Kékfrankos z regionu Villány czy słynnej „Byczej krwi” z Egeru – Egri Bikavér.     

W Belgii piwo jest czymś więcej niż tylko napojem z pianką. To przede wszystkim wspaniała tradycja narodowa – zarówno francuskojęzycznych Walonów, jak i posługujących się niderlandzkim Flamandów. W tym niezmiernie zróżnicowanym kulturowo kraju istnieje bardzo dużo kolorów i smaków piwa oraz wiele metod produkcyjnych. Większość gatunków ma długie dzieje, które zaczynają się często w czasach średniowiecza. Nic więc dziwnego, że już w XIV stuleciu powstały tutaj pierwsze cechy piwowarów – w 1308 r. w Brugii, w 1357 r. w Liège i w 1365 r. w Brukseli. Natomiast za najstarszy browar w Belgii z funkcjonującym nadal oryginalnym, XIX-wiecznym wyposażeniem uważa się waloński La Thiérache, dawniej znany jako Fevrier, stworzony w 1825 r. w Momignies w prowincji Hainaut. Każda miejscowość, w której warzono własne piwo, pilnie strzegła jego receptury, dlatego też istniały niezliczone gatunki tego trunku, a każdy z nich posiadał (i tak jest do dziś!) typowy dla siebie kufel. Obecnie działa w tym kraju, mimo fuzji lub kupienia przez zagranicznych inwestorów, ok. 125 belgijskich browarów (na początku XX w. było ich aż ponad 3200!).

                Jeszcze dłuższą tradycją od belgijskiego piwa może się pochwalić węgierskie wino. Od czasów panowania pierwszego króla Madziarów Stefana I Świętego, czyli od ok. 1000 r., produkcja szlachetnego gronowego trunku stała się niezmiernie ważną gałęzią gospodarki Węgier. Wzmianki o uprawie winorośli na Pogórzu Tokajskim (Tokaj-Hegyalja) znajdziemy już w dokumentach z XII w. W drugiej połowie XIII stulecia, w wyniku napływu francuskich i włoskich kolonistów, tutejsze winiarstwo rozwinęło się na dość znaczną skalę. Natomiast w XVI w. Tokaj stał się najważniejszym regionem winiarskim w całym kraju. Zawdzięczał to w dużym stopniu bliskości polskiej granicy i zajęciu przez Turków w 1595 r. konkurującego z nim Egeru. Znane było wówczas powiedzenie Vinum Hungariae natum, Poloniae educatum, czyli wino pochodzące z Węgier, a w Polsce „wykształcone”. Mówiono tak, bowiem sprowadzane do naszego kraju madziarskie szlachetne trunki (nazywane węgrzynami) składowano w beczkach, aby dać im szansę dojrzeć. Słynny tokaj aszú pojawił się po raz pierwszy w dokumencie pochodzącym z 1571 r., a rozsławił go na całą Europę władca Francji Ludwik XIV Wielki (1638–1715), który nadał mu tytuł Wina Królów, Króla Win (Vinum Regum, Rex Vinorum).  

 

PIWNYM SZLAKIEM PO MALOWNICZEJ WALONII

Region Waloński znany jest z kilku dużych browarów, jak np. Dubuisson w Pipaix (Leuze-en-Hainaut), Val-Dieu – opactwo koło miasteczka Aubel, Bocq w Purnode, Val de Sambre w Gozée (Thuin) czy Achouffe we wsi o tej samej nazwie położonej w Ardenach, a także z wielu małych producentów. Wytwarzają oni razem ogromną liczbę różnorodnych piw wysokiej jakości. Z pewnością warto odwiedzić Brasserie Dubuisson z 1769 r. Browar ten, znajdujący się niedaleko zabytkowego miasta Tournai, uważa się za najstarszy i najbardziej autentyczny nie tylko w prowincji Hainaut, ale i w całej Walonii. Koniecznie trzeba tu spróbować Bush Ambrée, stworzonego w 1933 r., mającego charakterystyczny bursztynowy kolor i aż 12 proc. zawartości alkoholu, co czyni z niego najmocniejsze belgijskie piwo.

                Niezmiernie interesującym miejscem jest też dawne opactwo cysterskie Val-Dieu z XIII w. Wznosi się ono nieopodal Aubel w prowincji Liège. To jedyny klasztor w Belgii, który ocalał z pożogi rewolucji francuskiej (1789–1799). Historyczny browar prowadzony tutaj przez zakonników przez wiele wieków został zburzony pod koniec XIX stulecia. W 1997 r. udało się jednak przywrócić tradycję warzenia piwa w murach opactwa. Do specjalności browaru Val-Dieu należą cztery gatunki trunków: „blond” (blonde) – lager (poddane dolnej fermentacji, 6-procentowe), „ciemne” (brune) – ale (wytwarzane przy pomocy drożdży górnej fermentacji, o delikatnym smaku kawowo-czekoladowym, 8-procentowe), „trójniak” (triple) – mocne, mające 9 proc. zawartości alkoholu – oraz tzw. Bière de Noël (Piwo św. Mikołaja), stanowiące zawsze prawdziwą niespodziankę dla birofilów.

                Warto również zajrzeć do Bocq usytuowanego w samym sercu Ardenów, w dolinie małej rzeki, od której wziął swoją nazwę, we wsi Purnode koło Yvoir w prowincji Namur. Ten uroczy, malowniczo położony tradycyjny browar został założony przez rodzinę Belot w 1858 r. Od tego czasu poświęciła się ona sztuce warzenia piwa. Możemy się tu dowiedzieć wielu interesujących rzeczy o technikach produkcji, a na koniec naszej wizyty skosztować wytwarzanych w Brasserie du Bocq wyśmienitych trunków: Gauloise (jasne, ciemne, bursztynowe, różowe owocowe, świąteczne na koniec roku i od niedawna mocne, 10-procentowe), Saison Regal, Triple Moine, Blanche de Namur, Saint-Benoît (jasne i ciemne) czy wreszcie lekkich, owocowych Applebocq czy Redbocq.

                Miłośników piwa nie zawiedzie także zwiedzanie z przewodnikiem małego browaru Val de Sambre mieszczącego się w dolinie Paix, w centrum dawnego opactwa Aulne w mieście Thuin w prowincji Hainaut. W średniowieczu cystersi produkowali tu dwa rodzaje trunków: mocne, zarezerwowane dla ojców przełożonych i ich gości, oraz lżejsze dla braci zakonnych i biedaków. W 1752 r. opactwo zostało niemal całkowicie zniszczone przez pożar. Jednak w 1796 r. zakonnikom udało się reaktywować historyczny browar, który zakończył ostatecznie swoje działanie przed 1850 r. Dopiero po 150 latach przywrócono tradycję warzenia piwa w tym zabytkowym miejscu. W 2000 r. otworzono tutaj Brasserie du Val de Sambre, gdzie wytwarza się obecnie tzw. Aulne Abbey Beers (ADA) – prawdziwe piwa zakonne, tworzone na bazie dawnych receptur cystersów. 

                Żaden szanujący się birofil nie powinien ominąć też założonego w 1982 r. browaru Achouffe, w którym produkuje się przez cały rok napoje z pianką o nazwie La Chouffe (jasne, złociste, z dodatkiem kolendry) i Mc Chouffe (ciemne, nazywane „szkocką Ardenów”, mające 8 proc. zawartości alkoholu), a w okresie zimowym również N’Ice Chouffe (mocne, 10-procentowe, ciemne, przyprawiane tymiankiem i curaçao). Te doskonałe piwa warzone są na bazie czystej wody źródlanej, nie podlegają filtrowaniu ani pasteryzacji. 

                W sumie w całej Walonii turyści mogą złożyć wizytę w ponad 40 interesujących browarach. Wybór jest więc ogromny. My jednak po zwiedzaniu i pysznych degustacjach, które czekały na nas w przedstawionych powyżej 5 miejscach, udajemy się już z niecierpliwością do Brukseli, nazywanej przecież „europejską stolicą piwa”...  

 

BRUKSELA – PIWNA METROPOLIA

Piwo to ulubiony napój brukselczyków, jak również gości odwiedzających to miasto. Najsłynniejszymi gatunkami, których muszą tutaj spróbować uczestnicy wyjazdów piwnych, są m.in. lambic (poddany fermentacji spontanicznej, produkowany ze słodu jęczmiennego z dodatkiem pszenicy), gueuze (powstający przez zmieszanie kilku roczników tego pierwszego, a następnie ponownie fermentujący w butelkach typu szampańskiego), kriek (z wiśniami), faro (tworzony przez kupażowanie lambika, dosładzany kandyzowanym lub  skarmelizowanym cukrem, zawiera od 4 do 6 proc. alkoholu) czy framboise (klasyczny lambic miesza się z konwencjonalnie fermentowanym napojem z pianką, potem dodaje się wyciąg z malin). Każdy prawdziwy birofil nie powinien przegapić wizyty w zabytkowym Domu Piwowarów (Maison des Brasseurs). Wznosi się on przy zachwycającym Wielkim Placu (Grand-Place). Działa tu obecnie interesujące Muzeum „Belgijskich Piwowarów” (Musée des „Brasseurs Belges”). Jego zwiedzanie połączone jest (nie może być przecież inaczej!) z degustowaniem regionalnego piwa. Miłośników tego trunku nie powinno także zabraknąć w słynnym rodzinnym browarze Cantillon, założonym w 1900 r., mieszczącym się w brukselskiej dzielnicy Anderlecht. W tym miejscu niemal nic się nie zmieniło od ponad 110 lat. Funkcjonuje w nim muzeum (Musée Bruxellois de la Gueuze) lokalnych rodzajów piwa – gueuze i kriek (oraz wielu innych!). Zdobędziemy tutaj naprawdę mnóstwo ciekawych informacji o dziejach, składzie, tradycyjnej technice produkcji oraz dostępnych na rynku typowo belgijskich gatunkach napoju z pianką. A na koniec zwiedzania browaru Cantillon czeka na nas następna wyśmienita degustacja...   

                Po wizycie w nim każdy birofil powinien zapamiętać, że jedynie w Brukseli i jej okolicach wytwarza się najbardziej winne z piw produkowanych na całym świecie – lambic. Powstaje ono tylko w tym miejscu, w dolinie rzeki Senne, bowiem wyłącznie tu może podlegać spontanicznej fermentacji (bez użycia tradycyjnych drożdży) w olbrzymich drewnianych kadziach, co zawdzięcza występującej tutaj bakterii Brettanomyces. Czyste piwo lambic (rzadko dostępne w tej formie) jest prawie niegazowane, niesłodzone i niemieszane, nie ma pianki, a w smaku przypomina trochę sok jabłkowy. Taki trunek wytwarza się właśnie w browarze Cantillon.   

                Legendarne brukselskie Delirium Café,składające się z kilku pięter i słynące z doskonałej atmosfery, szczyci się ogromną liczbą ponad 2 tys. różnych gatunków piwa. Nic więc dziwnego, że miejsce to znalazło się nawet w Księdze Rekordów Guinnessa. Znajdziemy je na uroczej uliczce Impasse de la Fidélité, jedynie 100 metrów od Grand-Place. Skosztować tu możemy zarówno tradycyjnie warzonych lokalnych piw belgijskich, jak i tych wyszukanych, bardzo oryginalnych, o różnych, czasami zaskakujących smakach, m.in. czekolady, banana czy grejpfruta. Spośród wielu piwiarni znajdujących się na brukselskim Wielkim Placu i w jego najbliższych okolicach polecamy też kultową À la Mort Subite. Będąc w stolicy Belgii i degustując tutejsze wyśmienite trunki, z pewnością nauczymy się na pamięć toastu à votre santé!, czyli Wasze zdrowie!. Uczestnikom podróży piwnych przyda się również rada od brukselczyków, którzy mówią, że jeśli za pierwszym razem nie zasmakowało się w lambiku, to znaczy, że należy go spróbować ponownie… À votre santé!

 

TOKAJ – WINO KRÓLÓW I KRÓL WIN

Z kolei wielbicieli wina z pewnością nie trzeba namawiać do odwiedzin zawsze atrakcyjnych i przyjaznych nam Węgier oraz tutejszych dwóch słynnych regionów winiarskich – Tokaju i Egeru. Krajobraz kulturowy tego pierwszego, położonego na północy kraju naszych bratanków i ustanowionego oficjalnie w 1737 r., został nawet wpisany w 2002 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obok niego znajdują się na niej jeszcze tylko trzy inne regiony winne: francuskie Saint-Emilion w Akwitanii oraz portugalskie Alto Duoro (górne Duero) i Pico w archipelagu Azorów, gdzie wytwarza się porto. Na Pogórzu Tokajskim (Tokaj-Hegyalja) powstaje najszlachetniejsze słodkie wino świata, jakim jest tokaj aszú. Historia tych ziem zawsze związana była z uprawą winorośli. Krajobraz kulturowy Tokaju w żywy sposób świadczy o długiej tradycji produkcji wina w tym malowniczym regionie, który tworzą niewysokie pagórki oraz doliny rzeczne. Zawiła siatka winnic, uroczych zabytkowych wiosek i miasteczek, z ich historycznym labiryntem piwnic, prezentuje wszystkie etapy powstawania tutejszych słynnych szlachetnych gronowych trunków. Warto przypomnieć, że swoją światową karierę tokaj aszú, zdobywca ponad 10 tys. złotych medali na konkursach winiarskich, zawdzięcza polskim kupcom, którzy zaczęli nim handlować na szeroką skalę w XVI w. Przywozili węgrzyna do kraju, a potem spławiali Wisłą do Gdańska i sprzedawali w całej Europie. Nic więc dziwnego, że wiele węgierskich możnych rodzin posiadało na Pogórzu Tokajskim własne piwnice – wystarczy choćby wymienić Batorych, Bethlenów, Rakoczych czy Thökölych. Król Francji Ludwik XIV Wielki, lord protektor Anglii, Szkocji i Irlandii Oliver Cromwell (1599–1658), car Rosji Piotr I Wielki (1672–1725) czy cesarzowa Katarzyna II Wielka (1729–1796) to tylko niektóre z wybitnych postaci, które uwielbiały pochodzące stąd wino.

Dzisiaj turystów przyciąga tu m.in. wzniesiona w XV w. słynna piwnica Rakoczych (Rákóczi Pince) w mieście Sárospatak, kulturalnym centrum regionu. Można w niej spróbować wyśmienitych, wielokrotnie nagradzanych tokajskich szlachetnych gronowych trunków. O ich doskonałym smaku decyduje łagodny i ciepły klimat, urodzajne wulkaniczne gleby oraz unikalny skład pleśni w miejscowych piwnicach winnych. Uczestnicy podróży enoturystycznych (w tym i my!) nie omijają również Bortemplom, czyli Kościoła Winnego w Sátoraljaújhely (obecnie jedynego tego typu na Węgrzech), w którego podziemiach składowano wino. W tym sympatycznym mieście, rozsławionym w Polsce przez pierwszą część filmu C.K. Dezerterzy, warto także zajrzeć do tutejszych piwnic (Ungvári Pince). Na koniec naszej krótkiej wizyty na Pogórzu Tokajskim udajemy się jeszcze do wspaniałej historycznej winnicy Oremus w miejscowości Tolcsva. Założył ją w 1616 r. książę Siedmiogrodu Jerzy I Rakoczy (1593–1648). Od 1993 r. znajduje się ona w rękach hiszpańskiej rodziny Álvarez. Czas nas jednak nagli i musimy już jechać do Egeru… Obiecujemy sobie, że w przyszłym roku wrócimy na dłużej do pięknego tokajskiego regionu winiarskiego.  

 

GWIAZDY EGERU

Eger, usytuowany w północno-wschodniej części kraju, stanowi kolebkę najsłynniejszego węgierskiego czerwonego wina – Egri Bikavér. Początki uprawy winorośli na tych ziemiach sięgają XI w., kiedy to za panowania króla Stefana I Świętego założono tu biskupstwo (w 1009 r.), a przybywający w te strony zakonnicy sprowadzili ze sobą winne grona.

Stolicą regionu winiarskiego jest Eger, modne uzdrowisko ze źródłami wód termalnych, położone malowniczo między Górami Bukowymi i pasmem górskim Mátra. Ta 60-tysięczna miejscowość może się pochwalić m.in. uroczym historycznym centrum (Belváros), nazywanym często „barokową perłą Europy”, wspaniałym średniowiecznym zamkiem (znanym wszystkim Madziarom ze zwycięskiej obrony przed Turkami w 1552 r.), zabytkowymi kościołami i pałacami czy wreszcie biegnącym pod ulicami i budynkami całym systemem piwnic winnych, który rozciąga się na długości ponad 140 km. Tłumy turystów przyciągają tutaj znajdujące się na każdym kroku klimatyczne winiarnie i kawiarnie. Żelaznym punktem wycieczek enoturystycznych jest tzw. Dolina Pięknej Pani (Szépasszony-völgy), leżąca 1,5 km od centrum. Słynie ona z ok. 200 wykutych w wulkanicznym tufie piwniczek winnych oraz licznych gospód z tradycyjną kuchnią węgierską, nazywanych czardami. Koniecznie trzeba też obejrzeć należącą do 4-gwiazdkowego Hotelu Korona ponad 220-letnią Piwnicę Świętego Stefana i Narodowe Muzeum Wina (István Pince és Nemzeti Bormúzeum), gdzie prezentowane są zbiory przedstawiające dzieje węgierskiego winiarstwa (wszystkich 22 regionów), przeprowadza się degustacje wyśmienitych szlachetnych trunków pochodzących od najlepszych miejscowych winiarzy i organizuje występy folklorystyczne.

Eger słynie nie tylko z czerwonych, ale i białych win o wysokiej jakości. Jednych z najprzedniejszych z nich (Egri Chardonnay, Egri Csillag czy Egri Királyleányka) spróbujemy w piwnicy rodziny Thummerer, która mieści się w Noszvaj, uroczej, zielonej miejscowości usytuowanej kilka kilometrów od Egeru, mającej podobno najczystsze powietrze na Węgrzech. Po degustacji warto się udać na relaksujące zabiegi SPA & Wellness do położonego tuż obok w lesie nowego 4-gwiazdkowego Oxigén Hotel & ZEN SPA, a potem skorzystać z doskonałej karty win restauracji hotelowej, zawierającej szeroki wybór najlepszych białych i czerwonych szlachetnych gronowych trunków z regionu Egeru. My postanowiliśmy w tym malowniczym miejscu, że powrócimy w te okolice, do Noszvaj, już za rok. Czeka tu na nas przecież tyle jeszcze atrakcyjnych miejsc do zobaczenia i tyle wyśmienitych win do skosztowania! Eger ma do odkrycia mnóstwo prawdziwych gwiazd, ale o tym następnym razem… Egészségetekre!, czyli Wasze zdrowie!.  

 

 

 

 

               

                    

               

                 

                 

 

 

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Sycylia – mit i rzeczywistość

 taormina DSC9981 ORIZZ

Pozostałości teatru greckiego z III w. p.n.e. w Taorminie niedaleko wulkanu Etna

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

DOMINIKA FRIEDRICH

www.sycyliabocznymidrogami.pl

 

 Trójkątna w swoim kształcie Sycylia jest ziemią słońca i ognia Etny zwanej Mongibello. Niegdyś stanowiła centrum antycznego świata, dlatego też wiele mitów opowiada właśnie o niej. To największa wyspa Morza Śródziemnego. Swojemu strategicznemu położeniu zawdzięczała nie tylko rozkwit, lecz także zainteresowanie najeźdźców. Nie bez znaczenia były zarówno jej urodzajne gleby, jak i wspaniały śródziemnomorski klimat. Kiedyś nazywano ją nawet spichlerzem Włoch, którym zresztą pozostaje do dziś.

 

Na Sycylii od stuleci krzyżowały się wpływy rozmaitych kultur. Pozostawiły one na niej liczne ślady, obecnie bezcenne dzieła sztuki. Współcześni Sycylijczycy wydają się być odrębnym narodem, a ich wyspa – niemal autonomicznym krajem. Łatwo dostrzec, że pod względem społecznym i kulturowym różni się ona od kontynentalnych Włoch. Wszystko jest tutaj jakby doprowadzone do przesady: słońce świeci jaskrawiej, niebo i morze mają wyjątkowo intensywną barwę, owoce są niesamowicie słodkie. To ziemia kontrastów, luksusu i biedy, jedyna w swoim rodzaju, meravigliosa, czyli wspaniała.

 

Sycylia moim zdaniem zdecydowanie bardziej przypomina Afrykę niż Europę. Od kontynentalnych Włoch dzieli ją co prawda tylko wąska Cieśnina Mesyńska, ale południowo-zachodni kraniec wyspy leży zaledwie ok. 230 km od Tunisu. Mamy więc tutaj okazję pooddychać afrykańskim powietrzem w europejskim kraju.

 

OJCZYZNA SYCYLIJCZYKÓW

 

Można pojechać na Sycylię i zobaczyć jedynie słońce, morze i błękitne niebo niczym ze zdjęć w turystycznych folderach. W końcu wyspa ma 1152 km wybrzeża! Jednak już sama wyprawa w głąb lądu stanowi podróż do innej krainy. W miarę zbliżania się do takich miast jak Enna czy Caltanissetta, położonych w centrum Sycylii, można zauważyć, jak wszystko się zmienia: światło, otaczający krajobraz, twarze ludzi i ich charaktery. Po drodze z Katanii do Palermo z wesołej, świątecznej i rozświetlonej nadmorskiej okolicy trafia się do ciemnego, gorzkiego i melancholijnego regionu.

 

Wbrew pozorom tę włoską wyspę warto odwiedzić nie tylko latem. Nie wszyscy wiedzą, że miasta w środku lądu, np. wspomniana Enna, lub te wzniesione na skałach, jak leżące na północno-zachodnim krańcu Erice, są otulone mgłą niczym miejscowości w Lombardii. W jednym z miasteczek na zboczach Etny można z kolei zjeść tradycyjne ciasteczka narciarza (biscotti dello sciatore), bo już w latach 20. XX w. Sycylijczycy uprawiali narciarstwo na stokach tutejszego wulkanu. Jedno jest jednak pewne – na Sycylii podróżnik musi uzbroić się w cierpliwość, niezbędną podczas szukania nieznanych miejsc i odkrywania fascynujących tajemnic. Ta wytrwałość zostanie z pewnością nagrodzona, ale należy uważać, bo wyspa potrafi uzależnić i sprawić, że ciągle chce się na nią wracać.

 

Sycylijska kuchnia jest niezmiernie różnorodna i smakowita. Odzwierciedla historię regionu – mieszają się w niej wpływy włoskie, greckie, arabskie, francuskie i hiszpańskie. Burzliwa przeszłość wyspy ukształtowała też charakter Sycylijczyków. Są oni z natury nieufni, co zapewne stanowi efekt ciągłych najazdów, ale jednocześnie ciekawi świata, na przestrzeni stuleci zetknęli się w końcu z wieloma kulturami. Mają także niesamowite poczucie humoru i cieszą się każdą chwilą, bo przecież jutro może nie nadejść. Nie żyją, żeby pracować, lecz pracują, aby żyć. Sycylijczyk potrafi być prawdziwym przyjacielem, który nigdy nie zostawi nas w potrzebie. Jednak w kłótni bywa tak samo żywiołowy i gwałtowny jak w okazywaniu radości. Poza tym mieszkańcy Sycylii są bardzo rodzinni i darzą ogromnym szacunkiem starszych. Na wspólne wyjazdy wakacyjne często wybierają się razem nawet czteropokoleniowe rodziny.

 

Może ze względu na południowy, niemal afrykański klimat Sycylijczycy mają czas na wszystko, nie skąpią go więc na życzliwy uśmiech, dobre słowo czy kawę z przyjacielem. Jeżeli zapytamy ich o drogę po angielsku, będą prawdopodobnie zakłopotani (najczęściej nie znają tego języka), ale sami zaprowadzą nas na miejsce. To ludzie z sercem na dłoni, nawet jeśli się zdenerwują, po chwili znów wraca im humor. Sycylijczycy są prawdziwym skarbem tej wyspy.

 

POD OKIEM MAFIOSÓW

 

Niestety, Sycylia osobom, które niewiele wiedzą na jej temat, najczęściej kojarzy się z mafią. Ta jednak jest nie tylko organizacją przestępczą o początkach sięgających dalekiej przeszłości. Stanowi również zjawisko społeczne, tradycję, sposób na życie i codzienność mieszkańców wyspy. Stworzyła własny kodeks obowiązujący jej członków i określający zasady postępowania. Mafia ma różne oblicza i jej pobieżna charakterystyka zajęłaby setki stron. Zainteresowanym tematem polecam książkę, która do tej pory nie ukazała się w języku włoskim, ale została wydana po polsku – Sycylijski mrok australijskiego autora Petera Robba. Ta publikacja z pewnością pomoże zrozumieć nieco lepiej rzeczywistość Sycylijczyków.

 

Nawet Benicie Mussoliniemu nie udało się ostatecznie zniszczyć tutejszej mafii. Być może stało się tak dlatego, że jest ona integralną częścią sycylijskiego świata. W 1992 r. przegrali z nią sędziowie Giovanni Falcone i Paolo Borsellino (obaj zginęli w zamachach bombowych). Jak dotąd nikt nie rozwiązał problemu mafii na Sycylii definitywnie.

 

Za najlepszy kinowy obraz nakręcony na ten temat uchodzi film, w którym – podobnie jak w książce stanowiącej dla reżysera główną inspirację – słowo „mafia” nie pojawia się ani razu! Ojciec chrzestny Francisa Forda Coppoli powstał na podstawie powieści Maria Puzo o tym samym tytule. Do dziś uważany jest za wzór dla wszystkich twórców, którzy mierzą się z przeniesieniem na ekran mafijnego świata.

 

Sycylia była w przeszłości łakomym kąskiem dla zdobywców szukających nowych ziem. Po śmierci w grudniu 1250 r. cesarza Fryderyka II Hohenstaufa na ludność sycylijską nałożono powinności feudalne, a tych, którzy nie chcieli podporządkować się narzuconym nakazom, surowo karano. Ta sytuacja doprowadziła do buntu Sycylijczyków – powstała grupa mająca pomagać uciśnionym. Według innej teorii taka organizacja zawiązała się, gdy wyspę okupowali Hiszpanie. Mafia zawsze działała w kręgu wielkiej polityki i w tle ważnych wydarzeń. Tzw. Bractwo wspierało Giuseppe Garibaldiego, a w czasie II wojny światowej operacja aliantów pod kryptonimem „Husky” (9 lipca – 17 sierpnia 1943 r.) była poprzedzona zawarciem układu z sycylijskimi bossami.

 

Z mitologicznej otoczki odziera mafię jej codzienna działalność przestępcza. Wymuszenia, nielegalne budownictwo, produkcja narkotyków i handel nimi, prostytucja – to tylko nieliczne przykłady. Mafia stara się legalizować swoje interesy. Wychodzi z założenia, że jeśli pieniądze można włożyć w legalny biznes, należy to po prostu zrobić. Przedsiębiorstwa mafijne zarabiają dziś na wywozie śmieci, budowaniu nieruchomości, rolnictwie, gastronomii i innych usługach. We Włoszech ok. 30 proc. firm odpowiadających za odbiór odpadów znajduje się w rękach mafii lub jest z nią powiązanych. Prasa podaje, że roczne dochody rodzin są szacowane na mniej więcej 120–140 mld euro.

 

 IMG 1930

Polpo bollito – gotowana ośmiornica

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

FESTIWAL ZMYSŁÓW

 

Na Sycylii widok ludzi jedzących na ulicy w trakcie spacerowania, robienia zakupów na targu, jazdy na skuterze czy prowadzenia samochodu należy do codzienności. Ludzie zatrzymują się przed ulicznym straganem, biorą coś do ręki i jadą dalej. Tutaj je się o każdej porze dnia, a używa się do tego palców. Sprzedaje się głównie małe przekąski (gotowane, smażone bądź pieczone na ruszcie), przygotowywane na stoiskach na świeżym powietrzu. To rodzaj miejscowego fast foodu, którego historia na wyspie sięga ponad 2 tys. lat wstecz. Cucina di strada („kuchnia uliczna”) i buffittieri (bufety) są integralną częścią sycylijskiej sztuki kulinarnej. Od wieków oferowane na ulicach specjały oddawały porządek pór roku, dni tygodnia i godzin.

 

Sycylijczycy od zawsze uważali jedzenie nie tylko za sposób na zaspokojenie głodu, ale również za prawdziwą przyjemność. Na Sycylii ludzie się nie pożywiają, oni delektują się, biesiadują i pełnymi garściami czerpią z tego satysfakcję i radość, czyniąc w ten sposób zadość potrzebom duchowym. Poza tym kuchnia jest także nieodłącznym elementem tutejszej kultury.

 

Na całym świecie panuje obecnie moda na tzw. finger food. Na nowo odkrywamy przyjemność, jaka płynie z jedzenia palcami, gdy uaktywnia się nie tylko wzrok, smak i węch, ale też zmysł dotyku. Właśnie przez dotykanie poznajemy najpierw konsystencję i temperaturę tego, co akurat spożywamy, zanim włożymy to do ust. Opuszki palców są bardzo wrażliwe, co potęguje doznania. Sycylijczycy jedzą rękami bez skrępowania, aż do oblizywania palców. Zupełnie nie wstydzą się tej przyjemności. Istnieje nawet takie włoskie powiedzenie buono da leccarsi le dita (dosłownie „dobre aż do oblizania palców”). Do dziś zresztą duża część ludzkości je palcami, bez użycia sztućców (to popularny sposób m.in. w kręgu krajów arabskich, Etiopii czy Azji Południowej).

 

W starożytnych Syrakuzach, Selinuncie, Morgantinie czy innych miastach jedzono na ulicy. Osoby spacerujące pomiędzy stoiskami wchłaniały zapachy przygotowywanych potraw, karmiły oczy ich widokiem, a w końcu rozkoszowały się smakiem. Ten uniwersalny zwyczaj, którego nie zmieniły zawirowania historii, łączy nas dzisiaj z dawnymi czasami.

 

 Palermo - Ph Valerio Casari

W Palermo sprzedaje się różnego rodzaju przekąski wprost na ulicy

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

 

W TEATRZE SMAKÓW

 

Uliczną kuchnię można znaleźć na targowiskach miejskich, w zaułkach starych uliczek nadmorskich, rybackich miejscowości, w Katanii, Syrakuzach, Agrygencie (Agrigento), ale przede wszystkim w Palermo. To ostatnie miasto wypełnia różnokolorowy tłum, egzotyczne bary, sklepy z arabskimi artykułami na wystawach. Wokół słychać różne języki, jakby w jednym miejscu zgromadzili się budowniczowie wieży Babel, wszędzie unoszą się rozmaite zapachy. Palermo jest stolicą Sycylii i sycylijskiego street foodu. To miasto pełne życia i ruchu, żyjące szybko, niezmiernie kolorowe, agresywne, hałaśliwe, głośne i ekscytujące.

 

Palermitańska plaża Mondello, leżąca w dzielnicy o tej samej nazwie, uchodzi za popularne wśród mieszkańców miejsce wieczornych spacerów latem i niedzielnych obiadów na świeżym powietrzu na wiosnę. Można tutaj znaleźć również stoiska z ulicznym jedzeniem, jakże odmiennym od tego w centrum Palermo. Na cibo da strada, czyli „żywność z ulicy”, składają się potrawy, których najczęściej nie przygotowuje się w domu. Są zbyt pracochłonne i nie warto przyrządzać porcji tylko dla kilku osób. W Mondello kupimy polpo bollito – gorącą, gotowaną ośmiornicę, ricci di mare – jeżowce, otwierane na oczach klienta (niewiele jest w nich do zjedzenia, to przede wszystkim zapach wiatru i morskiego powietrza), frutti di mare crudi – świeże owoce morza na surowo, np. fasolari (małże wenus brunatne), tartufi di mare, cannolicchi (małże brzytwy), vongole (małże wenus) czy cozze (omułki śródziemnomorskie),ostrygi, padelle i telline (urąbki). Tych wszystkich przysmaków zawsze później brakuje turystom po powrocie z Sycylii do Polski.

 

W centrum Palermo nie wolno odmówić sobie przyjemności, jaką daje spacer, degustacja i zaopatrzenie się w różne specjały na historycznym targowisku Vucciria. To największy tutejszy bazar, oszałamiający kolorami, ilością towarów i chaotyczną, hałaśliwą atmosferą, przypominający nieco suk w arabskim mieście. Po wejściu na targ można poczuć się tak, jak ktoś, kto w teatrze wyszedł nagle zza kulis na scenę podczas trwającego przedstawienia i stał się jednym z aktorów biorących udział w spektaklu. Rozwinięte czerwone markizy zasłaniające oślepiające słońce przywodzą na myśl namiot cyrkowy. Spod płóciennych dachów wyglądają artyści – miejscowi sprzedawcy, z których każdy stara się przyciągnąć uwagę przechodzących osób, szczególnie obcokrajowców, wyróżniających się ubraniem i sposobem poruszania się. Główną rolę odgrywa tu miecznik (pesce spada) ze straganu rybnego. Jest ogromny, ma długi, błyszczący miecz, srebrzystą skórę i ogon wygięty w łuk. Słońce świecące przez markizy zabarwia go na czerwono. Obok ciągną się w nieskończoność rzędy fioletowych i czarnych bakłażanów oraz zielonych cukinii, również tych z rodzaju serpente di Sicilia („sycylijskiego węża”), wraz z ich kruchymi liśćmi – tenerumi. Dalej leżą pachnące pomidory odmian San Marzano, piccadilly, datterino czy Pacchino. Znajdziemy też stoiska z różnorakimi sałatami i warzywami liściastymi(sałatą rzymską,lodową i canasta,rukolą, endywią,cykorią,burakami liściowymi).W powietrzu unosi się oszałamiający zapach świeżej bazylii i mięty. Wzrok z daleka przyciągają ogromne cebule – cipolle di Chiarantana, i czerwony czosnek – aglio rosso di Nubbia.

 

Na targowisku nie brakuje także barwnych owoców. Piętrzą się egzotyczne, piegowate opuncje, słoneczne melony kasaba (casaba) i chlebowe (meloni di pane), zielone arbuzy (tzw. meloni d’acqua – melony wodne, inaczej angurie), rumiane brzoskwinie z Leonforte (pesche di Leonforte) owinięte w oddzielne bibułki niczym balowe sukienki, spłaszczone brzoskwinie tabacchiere (Saturn) i okrągłe, żółte percocche, nektarynki, morele, różnokolorowe winogrona i figi, delikatne, słodkie, rozłożone na liściach figowych. Wśród tego wszystkiego stoją worki pełne ciecierzycy, soczewicy, fasoli, grochu, migdałów, sezamu, rodzynek, orzechów i zielonego złota Etny, czyli pistacji. Znajdziemy również suszone pomidory, kapary – kwiaty do jedzenia, potocznie zwane sycylijskimi orchideami, finocchietto selvatico – dziki koper włoski, a także otwarte wielkie puszki z solonymi sardynkami, suszoną ikrę tuńczyka – bottargę, kadzie pełne oliwek: czarnych, fioletowych lub zielonych.

 

NIEBO W GĘBIE

 

Vucciria to nie tylko żołądek, ale i tętniące serce Palermo, niesamowite królestwo sycylijskiego jedzenia ulicznego. Jeżeli ktoś chce spróbować właśnie takich specjałów, powinien udać się na gwarny palermitański targ. W ponad 670-tysięcznej stolicy Sycylii, w odróżnieniu od innych regionów wyspy, szczególnie nieturystycznych zakątków we wnętrzu lądu, można zjeść o każdej godzinie bez wchodzenia do restauracji czy trattorii. To bardzo charakterystyczne dla Palermo, którego ulice, szczególnie w centrum, pełnią ciągle jeszcze funkcję społeczną, są miejscem spotkań dla wielu Sycylijczyków i stanowią naturalne przedłużenie małego, ciasnego mieszkania. Turystom nie chcącym tracić cennego czasu przeznaczonego na zwiedzanie polecam te posiłki w locie (pranzetti volanti), sprzedawane w kioskach i ulicznych smażalniach.

 

W stolicy wyspy można kupić jedzenie do ręki (cibo nelle mani) w doskonałym wydaniu. Warto spróbować pane con panelle – kanapkiz tradycyjnymi placuszkami z mąki z ciecierzycy, smażonymi na bieżąco w głębokim oleju i roznoszącymi wokół zapach typowy dla orientalnych targowisk. To tania i skromna przekąska, lecz otacza ją niewidzialny, jedynie wyczuwalny innymi zmysłami przepych. Poza tym na zainteresowanie zasługują z pewnością cazzilli (crocchè di patate) – krokiety z ziemniaków, i melanzane a quaglia – bakłażany rozkrojone w formie kwiatu. Klasyczną propozycją na drugie śniadanie jest sfincione, czyliciasto przypominające pizzę, posmarowane solonymi sardynkami, sosem pomidorowym, posypane cebulą i startym serem caciocavallo oraz polane odrobiną oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia. Nie wolno zapomnieć też o arancini. Ten specjał przypomina o setkach lat sycylijskich tradycji kulinarnych. Pachnący szafranem ryż z dodatkiem zielonego groszku otula serce z mięsnego sosu ragoût z mozzarellą (arancini con ragù). Żeby wygodniej było przewozić arancini i jeść je na ulicy, nadano im okrągły kształt, ze względu na który przypominają po usmażeniu małą pomarańczę (arancia). Obecnie te pyszne złote kulki spotyka się w najróżniejszych wersjach.

 

Od godziny 16.00 uliczne bufety w Palermo stają się jeszcze atrakcyjniejsze. Można wręcz dostać zawrotu głowy od rodzajów przekąsek do wyboru. Na stoiskach serwuje się także wino. Warto wrzucić coś na ząb przed kolacją, którą na wyspie je się nie wcześniej niż o 21.00. Każdego popołudnia w zaułkach i na peryferiach miasta unoszą się do nieba kolumny gryzącego dymu, przypominającego ten z dawnych ołtarzy greckich świątyń. Na wschodzie Sycylii na prymitywnych rusztach piecze się mięso końskie (carne equina), kiełbasy, makrele lub sardynki. W Palermo za gwiazdę popołudniowych ulicznych straganów uchodzą wnętrzności jagnięce bądź kozie, nadziane na szpadkę jak szaszłyk i pieczone na grillu zwane stigghiola.

 

Tradycyjną przekąską w stolicy wyspy o każdej porze dnia i roku jest panino con la milza (pani câ meusa) – bułka z cielęcą śledzioną. W zimowe popołudnia na ulicach podaje się i inne ciepłe dania. Należy do nich np. caldume, czyli gorący talerz (po sycylijsku quarume). W jego skład wchodzą podroby i gotowane flaki wołowe. Na tych samych stoiskach w lecie oferuje się serwowane na zimno wieprzowe kopyta (odpowiednik naszych zimnych nóżek), wołowe policzki i ozory, flaki i inne specjały ugotowane i spryskane sokiem wyciśniętym z cytryny.

 

Warto jeszcze wspomnieć o kilku sycylijskich osobliwościach. Frittola to chrząstki, kawałki tłuszczu i resztki mięsa podsmażone na smalcu z dodatkiem szafranu, liści laurowych, soli i czarnego pieprzu. Pod nazwą babbaluci (vavaluci) kryją się małe, białe ślimaki z gatunku Helix pisana (Theba pisana). Koniecznie trzeba spróbować wspomnianej już miejscowej odmiany cukinii zwanej serpente di Sicilia („sycylijski wąż”). Ugotowana i podana na zimno z odrobiną soli idealnie sprawdza się jako lekkie danie w lecie, szczególnie kiedy wieje suchy i gorący sirocco. W okresie letnim nie brakuje też pysznych zmrożonych kawałków arbuza. Od początku jesieni aż do zimy sprzedaje się obrane na miejscu opuncje.

 

O Sycylii mogłabym pisać bez końca, ale wiem, że nie da się w ten sposób oddać charakterystycznych dla niej kolorów, zapachów i smaków. Tak naprawdę zrozumie mnie tylko ten, kto sam wybierze się na tę pasjonującą włoską wyspę. Na szczęście każdy moment jest dobry na taką podróż. Sycylia zachwyca o każdej porze roku, a wyprawa na nią nie wymaga żadnych wielkich przygotowań. Wystarczy jedynie zabrać ze sobą apetyt i – oczywiście – dobry humor. Wówczas z pewnością zakochamy się w tej Perle Morza Śródziemnego lub Wyspie Słońca, jak słusznie przyjęło się o niej mówić.

 

 Venditore di olive Mercato del Capo a Palermo - Ph Valerio Casari

Stoisko z rozmaitymi rodzajami oliwek na Mercato del Capo w Palermo

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

Najpiękniejsze miejsca do nurkowania na Ziemi

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

W tym wydaniu magazynu All Inclusive mamy obszerny artykuł Darka Sepioły, ilustrowany jego niezwykłymi zdjęciami, poświęcony magii wielkiego błękitu. Ten podróżnik, dziennikarz, fotograf i filmowiec, a przede wszystkim znany w Polsce nurek, który spędził pod wodą aż 2 tys. godzin, opowiada o najwspanialszych miejscach na świecie, jakie można znaleźć w głębinach mórz i oceanów. Jego tekst, będący cudowną podróżą po 7 kontynentach, zainspirował nas do przygotowania większego materiału na temat prawdziwych rajów dla miłośników podwodnych przygód. Postanowiliśmy zapytać kilku wybranych ekspertów i pasjonatów nurkowania o ich ulubione, najpiękniejsze miejsca pod wodą na Ziemi, jakie do tej pory odwiedzili. Dzięki nim odbywamy wspaniałą podróż po morskich głębinach…   

Więcej…

Magiczny Tybet

PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro  

 

Ta historyczna kraina w Azji, obecnie leżąca w większości w granicach Chin, nazywana „Dachem Świata” i „Krainą Śniegów”, pełna tantrycznych wyroczni, demonów, szamanów-uzdrowicieli i „latających lamów”, od zawsze fascynowała ludzi Zachodu. Najodważniejsi odkrywcy ginęli w poszukiwaniu Shangri-La, raju ukrytego głęboko w Himalajach. Nawet dzisiaj, w XXI w., nic w Tybecie nie jest takie, jak nam się wydaje…

 

Kiedy w 1904 r. brytyjska ekspedycja wojskowa wchodziła do Lhasy, stolicy Tybetu, żołnierzy powitała burza oklasków. Brytyjczycy byli zdziwieni i zachwyceni – najwyraźniej miejscowa ludność miała dość rządów teokracji dalajlamów i z radością przyjmowała imperialne wojska. Trochę czasu minęło zanim ktoś uprzejmie im wytłumaczył, że oklaski są tutaj wyrazem dezaprobaty, a tłum chciał sprowadzić w ten sposób nawałnicę, żeby zmyć wrogą armię z powierzchni ziemi. Energiczne klaśnięcia w dłonie miały też odpędzić przybyszów – tak samo, jak odgania się złe duchy.

Więcej…