WOJCIECH KUDER

 

Gdzie wyjechać na urlop, żeby ani przez chwilę się nie nudzić? Jak połączyć marzenia o beztroskim wypoczynku, fascynującej podróży w czasie i przygodach, o których z wypiekami na twarzy opowiada się potem przez szereg długich, zimowych wieczorów? Rozwiązaniem w tym przypadku może być z pewnością Grecja… Mityczna kraina wszechmocnych bogów i odważnych bohaterów, ojczyzna poetów, słońca i wyśmienitego wina, po którym świat wygląda jakby wyszedł spod pędzla mistrzów impresjonizmu. To jedno z tych miejsc, gdzie wraca się wielokrotnie. Jest niby zaginione pośród morskich fal królestwo wiecznej szczęśliwości, w którym każdy znajdzie coś dla siebie!

 

Według danych Światowej Organizacji Turystyki Narodów Zjednoczonych (United Nations World Tourism Organization – UNWTO) w 2010 r. ten położony nad Morzem Śródziemnym kraj odwiedziło 15 mln turystów z całego świata. To sprawia, że znajduje się on w pierwszej dziesiątce najchętniej wybieranych kierunków turystycznych spośród państw europejskich. Przyczyn tej popularności jest na pewno wiele. Warto wymienić chociażby przepiękne greckie plaże, niezmiernie smaczną miejscową kuchnię czy jedyne w swoim rodzaju zabytki z czasów starożytnej Europy. Dlatego można śmiało przypuszczać, że na całej ziemi nie znalazłby się chyba człowiek, który nie chciałby na własne oczy zobaczyć dawnej Hellady.

Istnieje tak wiele sposobów na poznanie Grecji, że każdą kolejną podróż do tego kraju uda nam się zaplanować według innego scenariusza. Wszystko zależy od naszych zainteresowań i pasji, a nawet od chwilowego nastroju. Najważniejsze jest jednak to, że – niezależnie od tematu przewodniego wyprawy – ta kraina błękitnego morza i złotego słońca zachwyci nas zawsze atmosferą beztroskiej radości i pogody ducha.

 

Fascynujący rejs

Wszyscy, których znudziły tradycyjne wczasy z wylegiwaniem się na plaży lub na leżaku nad hotelowym basenem, powinni choć raz w życiu wybrać się w rejs. Trudno zaś wyobrazić sobie do tego lepsze miejsce niż Grecja – kraj położony na ok. 1400 wyspach. Sezon wycieczkowy przypada tu na okres od początku maja aż do końca października, gdy temperatura wody przekracza 20°C, co zachęca do kąpieli, snorkelingu i nurkowania. Odwiedzanie codziennie nowych miast i zatok, kolacje każdego dnia w innej nastrojowej greckiej tawernie to największe zalety aktywnego spędzania urlopu, jakie zapewnia rejs po lazurowych wodach Hellady. Nieważne, czy podróżuje się ekskluzywnym statkiem z bogatą ofertą all inclusive, szybkim katamaranem, luksusowym jachtem czy skromną jednostką mogącą pomieścić zaledwie kilka osób. Ten rodzaj wyprawy zawsze stanowi niezapomnianą przygodę, cudowny wypoczynek i okazję do zobaczenia wielu wspaniałych atrakcji w stosunkowo krótkim czasie.

  FOT. ATHENSTOURGREECE.COM

Do najpopularniejszych morskich tras należą niezmiennie rejsy po archipelagu Wysp Jońskich oraz położonych na przyjaznych do żeglowania wodach Morza Egejskiego Cykladach i Sporadach, których malowniczy krajobraz – poza niezliczoną liczbą niebiańskich plaż – kryje także prawdziwe bogactwo fascynujących pamiątek antycznej cywilizacji. Rodos, Kos, Skiathos, Zakynthos czy Mykonos to niemal obowiązkowe przystanki w planie naszej podróży, wypełnionym podziwianiem starożytnej architektury, pięknej przyrody oraz poznawaniem barwnej wyspiarskiej obyczajowości. Nie wypada ominąć również położonej w potężnej wulkanicznej kalderze Santorini i uznawanej za kolebkę europejskiej cywilizacji Krety. Na tej ostatniej na szczególną uwagę zasługuje przykład sztuki minojskiej, czyli dobrze zachowane pozostałości legendarnego pałacu króla Minosa w Knossos, oraz stolica wyspy – Heraklion, urzekająca wąską zabudową, mnogością kolorowych straganów, klimatycznych kafejek i nadbrzeżnych tawern serwujących świeżo złowione ryby, małże i kalmary.

                                                                                                             FOT. WIKIPEDIA.COM/LAPPLAENDER

Z uwagi na to, że zdecydowana większość najciekawszych atrakcji Grecji znajduje się w bezpośredniej bliskości wybrzeża, podróżowanie drogą morską wydaje się najlepszym wyjściem. W ten sposób zwiedzimy m.in. starożytne Ateny, do których bez problemu można dostać się z pobliskiego Pireusu, rozwijającego się centrum przemysłowego i największego portu Grecji. Rejs jest ofertą dla wszystkich pragnących choć przez chwilę poczuć się jak pradawni odkrywcy i przemierzać błękitne wody Morza Śródziemnego, podziwiać skąpane w promieniach słońca malownicze wysepki oraz kosztować lokalnych przysmaków w cieniu portowych restauracji. To unikatowa szansa, żeby trafić na zagubione pośród fal i znane tylko miejscowym żółwie plaże, przeżyć podróż śladami bohatera eposu Homera Odyseusza i stać się prawdziwym żeglarzem. 

  FOT. WIKIPEDIA.COM/LAPPLAENDER

Na filmowym szlaku                               

Grecja fascynuje niezmiennie twórców kina, a filmy, które nakręcono wśród jej niebiańskich krajobrazów, już na zawsze zapisały się w historii światowej klimatografii. Nad lazurowymi wodami Morza Egejskiego, pośród wąskich uliczek antycznych metropolii i porywających soczystą zielenią gajów cytrusowych, grały takie sławy wielkiego ekranu, jak np. Anthony Quinn, Meryl Streep czy Colin Firth. Dziś podróżowanie śladami filmowych bohaterów stało się naprawdę modne, a chęć zobaczenia na własne oczy miejsc znanych z kinowych superprodukcji sprawia, że coraz więcej turystów pragnie spędzić urlop w ten sposób.

Wielbiciele Greka Zorby nie mogą odmówić sobie wizyty w porcie Pireus, gdzie zwykł przesiadywać główny bohater adaptacji ponadczasowej powieści Nikosa Kazantzakisa w reżyserii Michaela Cacoyannisa. Podróżują także na Kretę, gdzie lekkoduszny i prostolinijny Aleksy Zorba (Alexis Zorbas) został zatrudniony jako nadzorca kopalni węgla. Poznają niezmiernie barwną grecką prowincję i jej mieszkańców, którzy – podobnie jak grany przez Anthony’ego Quinna Grek – do perfekcji opanowali sztukę pogodnego akceptowania tego, co przynosi im los. Odwiedzają południe wyspy, aby na własnej skórze przekonać się, jak zjawiskowo wyglądają tutejsze plaże, i udają się do Heraklionu, gdzie w murach starej weneckiej fortyfikacji znajduje się grób twórcy książki opowiadającej tę ponadczasową i niezmiennie urzekającą historię.

Na filmowym szlaku znajduje się również Argostolion (Argostoli). Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zaledwie jednego z wielu nadmorskich miasteczek, jakich w Grecji są całe setki. Jednak ta położona na wyspie Kefalinia (dawniej Kefalonia) na Morzu Jońskim miejscowość niczym magnes przyciąga co roku tłumy turystów z całego świata. Wszystko za sprawą głośnego melodramatu Kapitan Corelli, który dzięki niezwykłej urodzie Penélope Cruz (filmowej Pelagii) i porywającej grze aktorskiej Nicolasa Cage’a (włoski kapitan Antonio Corelli) poruszył serca milionów widzów. Przybywający na Kefalinię turyści, poza jakżeż charakterystyczną zabudową sennych, rybackich wiosek, mają okazję podziwiać rozległe plantacje winorośli, figowców i oliwek. Ich zielone krzewy nadają ożywczy rys typowemu dla archipelagu Wysp Jońskich krajobrazowi kamienistych wzniesień i skalnych pagórków. Zmęczeni wędrówką wąskimi uliczkami Argostolionu szukają ochłody w lokalnych kafenionach, gdzie miejscowi z zapałem grają w tavli (grę planszową podobną do tryktraka), piją diabelnie mocną kawę i żywiołowo narzekają na rząd w Atenach.

Kolejną grecką wyspą, która swą sławę zawdzięcza wielkiej, kinowej superprodukcji jest Skopelos. To na niej, wśród pionowo spadających do morza śnieżnobiałych skał, pokrytych czerwoną dachówką małych domków i pachnących żywicą sosnowych lasów, kręcono sceny do słynnego musicalu Mamma Mia!. Dziś zamiast hollywoodzkich gwiazd krętymi uliczkami miasta Skopelos spacerują miłośnicy talentu Meryl Streep, Pierce’a Brosnana i Colina Firtha oraz fani zespołu Abba, którego najbardziej znane piosenki nagrane w zupełnie nowej aranżacji długie tygodnie po premierze nie schodziły z notowań światowych list przebojów.  

Wśród niebiańskich plaż, uroczych kawiarni i serwujących pochodzące prosto z morza przysmaki restauracji znajduje się jedno kultowe miejsce. Trzeba je koniecznie odwiedzić! Mowa tu o kościółku wzniesionym na potężnej, nadmorskiej skale w Agios Ioannis, w którym odbyła się ceremonia ślubna, będąca punktem kulminacyjnym całego musicalu. Kto raz wybierze się w to miejsce o zachodzie słońca, doskonale zrozumie, dlaczego producenci wybrali właśnie Grecję na plan filmu, którego budżet przekroczył 50 mln dolarów. Wyspy Skopelos, Thassos, Skiathos i miejscowość Damouchari na wybrzeżu kontynentalnej części kraju, w których również kręcono niektóre sceny Mamma Mia!, na wielkim ekranie zobaczyły miliony widzów. Dziś oczarowani historią bohaterów musicalu odwiedzają Grecję i chłoną magię tego fascynującego państwa.

 

Śladami św. Pawła

Grecja kojarzy się przede wszystkim ze słońcem, piaszczystymi plażami i starożytnymi zabytkami. Na całym świecie ludzie znają sztukę minojską, kolumnę dorycką, jońską i koryncką, grecką mitologię oraz tutejsze pogodne i beztroskie podejście do życia. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, że tak, jak Włochy, Francja, Hiszpania, Portugalia czy również Polska, Grecja posiada wiele niezwykłych miejsc związanych z kultem chrześcijańskich świętych. Jednym z nich jest św. Paweł, który w ramach swoich podróży misyjnych nawracał Greków wierzących w olimpijskich bogów od antycznych Aten przez wyspy Kos i Rodos po odległą Kretę. Podróż jego śladami warto rozpocząć jednak od portowego miasta Kawala (starożytne Neapolis), skąd rozpoczął swoją misję szerzenia wiary w Chrystusa w Europie, oraz pobliskiego Filippi, gdzie miał miejsce pierwszy chrzest Europejczyka (kobiety o imieniu Lidia) i zbudowano najstarszy na Starym Kontynencie kościół chrześcijański. Niecałe dwie godziny jazdy samochodem dzieli to starożytne miasto, które swą nazwę zawdzięcza Filipowi II Macedońskiemu, od Salonik (dawnej Tesaloniki) – drugiej co do wielkości greckiej metropolii, gdzie od zawsze spotykały się ze sobą wpływy cywilizacji europejskich i azjatyckich. Położone nad błękitnymi wodami Zatoki Salonickiej były one świadkiem nauczania św. Pawła, ich mieszkańcy (Tesaloniczanie) stali się adresatami jego dwóch listów, a lokalna agora służyła jako miejsce ewangelizacji prowadzonej przez apostoła. Przybywający do miasta pielgrzymi muszą koniecznie zwiedzić Białą Wieżę, będącą fragmentem fortyfikacji obronnych, oraz Kościół św. Demetriusza, patrona miasta.

Kolejnym obowiązkowym przystankiem na szlaku początków religii chrześcijańskiej w Grecji jest miejscowość Kalambaka (Kalabaka). Powinniśmy obejrzeć tu pobliskie Meteory – słynne bizantyjskie klasztory zbudowane na ponad 500-metrowych ostańcach piaskowcowych o stromych pionowych ścianach. Po przybyciu do tego niezwykłego zakątka nie sposób pozostać obojętnym na cudowne widoki roztaczające się na okolicę z podniebnych monastyrów i niebywały kunszt ich budowniczych. W czasach gdy powstawały te wspaniałe prawosławne świątynie nie dysponowali oni mechanicznymi dźwigami ani innymi nowoczesnymi urządzeniami potrzebnymi do prowadzenia prac budowlanych w tak ekstremalnych warunkach.  

Podróżując szlakiem św. Pawła, nie można również ominąć stołecznych Aten, w których szczególnie warto odwiedzićAkropol, świątynię Zeusa Olimpijskiego (Olimpejon)i Areopag – słynne wzgórze trybunału sądowego i spotkań rady złożonej z byłych archontów (najwyższych urzędników ateńskich), gdzie przemawiał apostoł. Warto też pamiętać o położonym na Peloponezie Koryncie. Znajduje się tutaj mównica, z której nauczał Koryntian. To właśnie do mieszkańców Koryntu napisał słynne listy pasterskie – pierwszy w Efezie, a drugi w Macedonii.

 

Pełen zachwyt

Nie mam wątpliwości, że Grecja nie rozczaruje nikogo, kto zapragnie ją odwiedzić. Zarówno żeglarz, jak i kinoman czy pobożny pielgrzym poczują się tu jak w raju. Rejs po lazurowych wodach Morza Śródziemnego, podążanie szlakiem ulubionych bohaterów filmowych czy podróż w czasie śladami prekursorów religii chrześcijańskiej to tylko kilka możliwości, jakie oferuje ten przepiękny kraj. Dla mnie Grecja jest niczym tajemniczy skarb ukryty na dnie morskim – pełna cudownych niespodzianek, które zachwycą każdego!


 

Artykuły wybrane losowo

Wenezuela, czyli „mała Wenecja” dla łowców przygód

Magdalena Moll-Musiał

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

<< Wenezuela to kraj kontrastów - kipiące zielenią wilgotne lasy równikowe delty Orinoko, krystalicznie czysta woda i wspaniałe karaibskie plaże, nieziemskie góry stołowe, nazywane tu „tepuyes”, oraz Salto Ángel, najwyższy wodospad świata. Na jego terytorium mieszkają otwarci, roztańczeni ludzie, pielęgnujący swoje niezliczone tradycje. Z drugiej strony mamy tutaj zaniedbaną gospodarkę, niepohamowaną inflację i ubóstwo, co szczególnie rzuci nam się w oczy, jeśli zdecydujemy się na dłuższą wyprawę po kontynentalnej części tego południowoamerykańskiego państwa. Z pewnością jednak różnorodność pejzaży, smaków, zapachów i innych doznań sprawia, że ojczyzna jednych z najpiękniejszych kobiet na ziemi posiada nieodparty urok dla poszukiwaczy przygód. >>

 

Stać, kontrola! – krzyczy wojskowy, zatrzymując naszego busa. Wchodzi do środka, sprawdza dokumenty.  – Pani nie ma ważnego paszportu – zwraca się do jaskrawo ubranej Wenezuelki. – Tak, niestety, nie mam… – odpowiada ona, nieśmiało wtykając w dłoń mężczyzny zawiniątko boliwarów. Ten wsuwa banknoty do kieszeni i mówi: Można jechać! Pokonanie odległości 90 km od granicy z Kolumbią do wenezuelskiego miasta Maracaibo zajmuje nam 7 godz. Po drodze podobnych kontroli mamy aż 14, ale nie wszystkie są tak błyskawiczne. Podczas każdej pani bez paszportu uiszcza opłatę, która umożliwia jej kontynuowanie podróży. Gdy kończy się jej gotówka, cały bus wykazuje imponującą solidarność – pasażerowie zrzucają się na odpowiednią łapówkę, abyśmy mogli pojechać dalej. Wojskowi i policja nie sprawdzają niczego poza dokumentami – w bagażach prawdopodobnie da się przewieźć wszystko, czego dusza zapragnie, pewnie nawet i kolumbijską kokainę… Dla kontrolujących znalezienie podróżnego bez odpowiednich papierów to prosty i pewny zarobek.

Więcej…

Podróż przez Mozambik

JERZY PAWLETA

 

Choć nie należy do największych państw Afryki, pod względem powierzchni nie może się z nim równać żaden europejski kraj oprócz Rosji (ma aż ponad 800 tys. km²). Turystów przyciąga szczególnie jego stolica – Maputo, gdzie powstały budynki zaprojektowane przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffla – znanego na całym świecie twórcy obiektów z żelaza i stali. Popularnością cieszy się też nieduża wyspa Mozambik, położona na Oceanie Indyjskim, na której portugalski żeglarz Vasco da Gama zbudował fortecę. Jeśli będziemy jednak postrzegać ten kraj jedynie przez pryzmat związków z Europejczykami, popełnimy duży błąd. Jego prawdziwa dusza jest na wskroś afrykańska, a wyczuć ją możemy wśród drewnianych nadmorskich chat pokrytych słomianymi dachami i w twarzach uśmiechniętych mozambickich kobiet ubranych w niezmiernie kolorowe stroje. Warto więc zdobyć się na odrobinę odwagi, aby poznać prawdziwy Mozambik.

 FOT. BENGUERRA LODGE

Więcej…

Peru – niezwykłe drogi i ścieżki

ROMAN WARSZEWSKI

www.warszewski.info

 

<< Peru ma wszystko – przepiękną przyrodę, pustynie (na wybrzeżu), góry (w części środkowej), a także selwę i przecinające ją rzeki. Jednak wyróżniają je również liczne ślady przeszłości. Ludzie zamieszkują ten obszar od 4 tys. lat p.n.e. i zawsze wykazywali się wielką pracowitością i artystycznym zmysłem. Dlatego wspaniałe naturalne tereny urozmaicają tutaj niezliczone pozostałości dawnych miast, osiedli i świątyń, z których większość jest świetnie wkomponowana w krajobraz. Mało osób wie, że w Peru znajduje się więcej piramid niż w Egipcie. A są wśród nich i takie, które liczą sobie więcej lat od słynnej piramidy Cheopsa. >>

Właśnie z powodu wielkiej różnorodności przyrodniczej i bogactwa kulturowego ten kraj jest pod względem turystycznym jednym z najciekawszych na świecie. Niektórzy uważają nawet, że należy mu się palma pierwszeństwa. Peruwiańczycy to wiedzą i coraz bardziej doceniają. W tej chwili Peru rocznie odwiedza blisko 4,5 mln zagranicznych gości (według oficjalnych danych rządowych), a przychody z turystyki stanowią spory procent budżetu państwa. Infrastruktura jest coraz lepsza. W wiele miejsc coraz łatwiej dojechać. Tam, gdzie nie ma jeszcze odpowiedniej jakości dróg, można dolecieć samolotami – większymi, mniejszymi czy nawet awionetkami. Istnieje mnóstwo utartych szlaków turystycznych, które tu nazywam przetartymi, wygodnymi trasami, jak te, które łączą stołeczną Limę, Arequipę i Cusco (Cuzco). Ale oprócz nich są też ścieżki, gdzie napotyka się ginącego już ducha pogranicza. Wiodą czy to do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu), czy do zapomnianej Vilcabamby.

 

 

W Peru istnieją dwie standardowe trasy – tzw. pętla południowa i północna. Każda z nich zaczyna się i kończy w Limie, która – podobnie jak Buenos Aires lub Rio de Janeiro – jest bramą Ameryki Południowej. Obie pętle są niezmiernie interesujące, choćby dlatego, że bardzo się od siebie różnią. Ci, którzy znają dobrze Peru, twierdzą, iż niełatwo wybrać tę ciekawszą. Osoby odwiedzające kraj po raz pierwszy czy drugi głosują na południową. Powód takiej decyzji jest prozaiczny – podczas podróży tą trasą najłatwiej trafić do słynnego Machu Picchu.

 

PĘTLA POŁUDNIOWA

Na tym szlaku oczywiście znajduje się stolica Peru, niemal 10-milionowy moloch (Lima Metropolitana), z którego jedzie się na południe do Pisco i Paracas, następnie do Naski, Arequipy i nad jezioro Titicaca – do Puno. Tam można wpaść z wizytą do Indian Uro (Uru) żyjących na pływających wyspach oraz do przedziwnej społeczności zamieszkującej skalistą wysepkę Taquile, gdzie kobiety są głowami rodziny, a mężczyźni zajmują się… tkaniem i robieniem na drutach! Znad Titicaki warto na krótko wyskoczyć do departamentu La Paz w Boliwii, bo w nim czeka na nas jedna z największych (i najbardziej tajemniczych) atrakcji regionu – prastare miasto Tiahuanaco (Tiwanaku). Potem zwykle jednak (przez wyspy Księżyca i Słońca na jeziorze Titicaca) czym prędzej wraca się znów do Peru, żeby z Puno udać się do Cusco, które przypomina odrębną planetę i jest jak zaklęta w kamieniu poezja, dzieło łączące niezmierzone bogactwo tradycji, ciekawą historię, znakomitą kuchnię i mozaikę krajobrazów. To także baza wypadowa do Świętej Doliny Inków (Valle Sagrado de los Incas) – do stanowisk archeologicznych Qenko, Puka Pukara (Puca Pucara), Tambomachay, Písac (Pisaq) i Ollantaytambo oraz miasteczka Chinchero, w pobliżu którego już niedługo ma powstać oprotestowane przez ekologów gigantyczne lotnisko. Stąd wreszcie wyrusza się do słynnego Machu Picchu, mimo turystycznego oblężenia nadal największej peruwiańskiej atrakcji, a zarazem – z uwagi na generowane dochody – najbardziej wydajnej południowoamerykańskiej kopalni złota. Po zwiedzeniu tego wciąż wyjątkowego miejsca większość osób wraca już zazwyczaj do Limy. Ewentualnie najpierw samolotem na dzień czy dwa leci do warczącego tysiącami motoriksz (motocarros) Iquitos leżącego nad Amazonką, zapuszcza się choć na jedną noc do selwy i dopiero wtedy udaje się do stolicy. Wyprawa wzdłuż pętli południowej trwa zwykle 14–16 dni.

 

PĘTLA PÓŁNOCNA

Tak jak wspominałem, pętla północna kusi przede wszystkim tych, którzy byli już na południu. Znów ruszamy z Limy, tym razem na północ. Najpierw jedziemy do Huacho, skąd odbijamy do Caral – miejsca położonego pośród pustkowia, gdzie odkryto nie tylko wielkie prekolumbijskie osiedle, lecz także najstarsze w Ameryce Południowej piramidy. Po powrocie do Huacho udajemy się do Casmy, aby obejrzeć ruiny Sechín (Cerro Sechín), z płaskorzeźbami pełnymi odrąbanych głów, nóg, rąk i innych członków. Potem – przez Chimbote – wyruszamy do Trujillo, w którego sąsiedztwie są wielkie świątynie Słońca i Księżyca (Huaca del Sol i Huaca de la Luna) oraz stanowisko Huaca Rajada (Sipán). W rejonie tego ostatniego w latach 80. XX w. najpierw złodzieje, a następnie archeologowie odnaleźli grób Pana z Sipán (Señor de Sipán). Pochodzące z niego złote artefakty trafiły do Museo Arqueológico Nacional Brüning w pobliskim Lambayeque (dokąd rzecz jasna również należy zajrzeć). Potem, w pobliżu Chiclayo, skręca się do Túcume – jedynego w swoim rodzaju skupiska ok. 30 upiornych piramid z adobe (suszonej cegły), gdzie przez blisko sześć lat mieszkał i kopał słynny norweski etnograf i podróżnik Thor Heyerdahl (1914–2002). Poza tym trzeba też odwiedzić Tumbes – miejsce, w którym przy plaży jest ciepła woda i bez obawy można się kąpać. Tutaj podaje się także nadzwyczaj smaczne peruwiańskie dania z ryb i owoców morza. Następnie należy udać się do miast Chachapoyas i Cajamarca. W drugim z nich ze względu na wulkaniczne źródła powstały niegdyś inkaskie łaźnie, a ostatni władca Inków sprzed konkwisty, Atahualpa (ok. 1500–1533), w bardzo głupi sposób dał się pochwycić 16 listopada 1532 r. świeżo przybyłym w te strony Hiszpanom, co w dużej mierze przesądziło o przebiegu podboju tej części Ameryki Południowej. Stąd przez leżące w amazońskiej puszczy Tarapoto uczestnicy wyprawy lecą do Limy, a po drodze dziwią się, że Peru miało jeszcze tyle do zaoferowania, choć wydawało im się, że na południu widzieli już wszystko. Na przebycie pętli północnej również potrzeba mniej więcej dwóch tygodni.

 

TRASY NA POŁUDNIU

Na południu tradycyjnym, standardowym szlakiem dotrzeć można z Limy do Arequipy, Cusco (jeśli będziemy tu 24 czerwca, załapiemy się na doroczne, widowiskowe Święto Słońca – Inti Raymi) i oczywiście do magicznego, niezapomnianego Machu Picchu. Z kolei mniej przetarta ścieżka prowadzi do położonego w Świętej Dolinie Inków, koło miasteczka Calca, Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) oraz na wznoszącą się w cieniu szczytu Ausangate (6384 m n.p.m.) Górę Siedmiu Kolorów, czyli Vinicuncę (Winikunkę), i do znajdującej się daleko, po drugiej stronie majestatycznych Andów, zapomnianej niemalże przez wszystkich Vilcabamby. Taka trasa wiedzie także do Machu Picchu – to dawna, przecinająca trzy przełęcze Droga Inków (Camino Inca), ta sama, którą w przeszłości poruszali się niezmiernie szybko specjalnie przeszkoleni inkascy gońcy – chasquis.

 

STOLICA

Lima potrafi zainteresować. Ciekawy jest nadmorski dystrykt Miraflores, do którego przylega konkurujący z nim San Isidro. Oba są czyste i nowoczesne i z powodzeniem mogłyby się znajdować w centrum np. Buenos Aires. Miraflores leży na pięknym, żwirowym klifie, który swoją trwałość zawdzięcza tylko temu, że w okolicy w zasadzie nigdy nie pada. Z jego szczytu przy dobrym wietrze dzień w dzień startują paralotniarze. Gdy wzlecą w powietrze, mogą podziwiać wspaniały widok: w dole na wielkich falach szaleją surferzy. Nie straszna im przeraźliwie zimna woda, bo na sobie mają kombinezony z pianki, a w sobie – determinację.

Główne zabytki architektoniczne peruwiańskiej stolicy znajdują się w historycznym centrum. Jest tu plac Broni (Plaza de Armas de Lima) z Katedrą (Catedral de Lima), gdzie pochowano zdobywcę terenów Peru – Francisca Pizarra (1478–1541), oraz Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal de Lima) z przepięknym, typowym dla Limy balkonem. Obok stoi Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú, oficjalna siedziba prezydenta). Codziennie w południe odbywa się przed nim uroczysta zmiana warty (mundury żołnierzy są identyczne z mundurami armii, która rozgromiła siły rojalistyczne i prohiszpańskie w słynnej bitwie pod Ayacucho w grudniu 1824 r.). Jego neobarokowa fasada zaprojektowana została przez polskiego architekta – Ryszarda Jaxa Małachowskiego (1887–1972), który pod koniec 1911 r. znalazł w tym kraju azyl i pole do popisu dla swoich talentów.

 

 

AREQUIPA

Gdyby nie Lima, Arequipa na pewno byłaby stolicą Peru. To drugie co do liczby ludności miasto tego kraju (Arequipa Metropolitana ma ponad 1 mln mieszkańców), jest znacznie atrakcyjniej położone i… panuje w nim dużo lepsza pogoda. Pod względem urody także prezentuje się wyjątkowo, bo zabudowania w jego centrum w ogromnej większości wzniesiono z białego wulkanicznego tufu ryolitowego, zwanego sillar. Stąd też jego druga nazwa – Ciudad Blanca, czyli Białe Miasto.

Arequipa leży na południu, już w sercu gór, na mniej więcej 2300 m n.p.m., u stóp dwóch wulkanów: Misti (5822 m n.p.m.) i Chachani (6057 m n.p.m.). Oddalenie od wybrzeża oraz wysokość determinują tutejszy klimat – przez cały rok panuje w niej wiosna. Po niemal wiecznie zamglonej Limie wizyta w tym mieście przynosi prawdziwą ulgę. W Arequipie mieszka również wiele starych peruwiańskich rodów, które swoje początki wywodzą z okresu konkwisty. Arequipianie, skonfliktowani z limianami od niepamiętnych czasów, zwykli mówić do tych drugich: Wy macie martwego Pizarra, a my żywą arystokrację.

Główna atrakcją jest tutaj śnieżnobiały plac Broni (Plaza de Armas de Arequipa) z przepięknymi arkadami i podcieniami, a także pobliski Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), będący niepowtarzalnym osobnym miasteczkiem w mieście. Przyjezdnych przyciąga też muzeum uniwersyteckie (placówka Universidad Católica de Santa María – Museo Santuarios Andinos). Można w nim zobaczyć Mumię Juanita – zwłoki inkaskiej dziewczynki, złożonej w ofierze na jednym z pobliskich wulkanicznych szczytów w ramach rytuału nazywanego capacocha (capac cocha), który wykonywany był m.in. po to, aby sprowadzić deszcz w okresach suszy. Arequipa stanowi również bazę wypadową do słynnego kanionu Colca – jednego z najgłębszych na świecie, gdzie do dziś w stanie dzikim żyją kondory. Warto więc tu przyjechać, tym bardziej że miasto leży na szlaku wiodącym do Cusco.

 

CUSCO

O Cusco można by napisać nie tylko osobny obszerny artykuł, ale nawet książkę. To miasto niejednokrotnie porównywane bywa z Rzymem. I coś w tym jest. W Cusco na każdym kroku czuje się jego majestat. Kolonialny ośrodek wyrasta tutaj z inkaskiego korzenia. Można to dostrzec bez problemu. W historycznym centrum mury parteru większości budynków pochodzą jeszcze z czasów Inków i składają się z dużych (niekiedy ogromnych), idealnie do siebie dopasowanych kamieni. Reszta ścian – już w stylu kolonialnym – została niejako doklejona do tej wielkokamiennej, ciemnej podstawy. Z tego powodu zabudowania są czarno-białe. Warstwa ciemna jest prekolumbijska, biała – kolonialna.

Na zainteresowanie zasługuje oczywiście Plaza de Armas, centralny plac w dużej części pokrywający się z częścią ogromnego placu inkaskiego Cusco. Stoi tu Katedra (Catedral del Cusco), Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de la Compañía de Jesús), a nieco poniżej – jedno z najstarszych tutejszych założeń sakralnych – klasztor należący do mercedarianów (Templo de la Merced del Cusco). Świetnie zachowaną uliczką Loreto można ruszyć do innej słynnej budowli – Klasztoru św. Dominika (Convento de Santo Domingo), wznoszącego się na ruinach największej świątyni Inków – Coricanchy (świątyni ku czci boga słońca). W tej właśnie okolicy znajdować się miał ogród z roślinami wykonanymi ze złota i zwierzętami wyklepanymi ze złotej blachy, opisywany przez hiszpańskich kronikarzy. O tym, że istniał naprawdę, przekonują ślady na zachowanych murach świątynnych. W wielu miejscach widać, że zerwano z nich przykrywające je złote płyty.

 

MACHU PICCHU

Z Cusco koniecznie trzeba pojechać do Machu Picchu, które choć niemiłosiernie przepełnione turystami, nadal pozostaje kulminacyjnym punktem podróży do Peru. To miasto zbudowane za inkaskiego króla Pachacuteca (1418–1471 lub 1472), spektakularnie zawieszone ponad zakolem rzeki Urubamba, nie może nie urzec i wzbudzić tysiąca westchnień. Machu Picchu jest jedyne w swoim rodzaju co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, zaskakuje swoją kompletnością. To całe górskie osiedle, które na dobrą sprawę da się zasiedlić na nowo od zaraz. Po drugie, jest przepięknie wkomponowane w otoczenie. Wzniesiono je nie na przekór górom, lecz w pełnej zgodzie z nimi. Mury Machu Picchu wyrastają z górskiego zbocza tak, jak wyrastają z niego rośliny. Jego zabudowania dopełniają krajobraz, wzbogacają go. Nie są drzazgą w oku przyrody ani w jej gardle, lecz ozdobą na wspaniałej szacie.

 

Zachwycające Machu Picchu wpisano w 1983 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© PromPerú/Gihan Tubbeh

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Podczas wizyty w Machu Picchu dobrze wejść także na Huayna Picchu (ok. 2700 m n.p.m.) – ów strzelisty szczyt, który wznosi się ponad ruinami. Podejście zajmuje ok. 40 minut i choć wymaga pewnego wysiłku, na pewno warto go podjąć, bo widok rozpościerający się z góry jest niezapomniany. Pod stopami rozciąga się całe miasto (i dopiero wtedy widać, że swoim kształtem przypomina… kondora!), a jeszcze niżej Urubamba – szumiąca rzeka, która z tej odległości wydaje się niema. Poza tym górną partię Huayna Picchu pokrywa kamienna zabudowa, co dla wielu osób bywa wielką niespodzianką, szczególnie gdy okazuje się, że owe konstrukcje są odbiciem Machu Picchu w miniaturze! To charakterystyczna cecha inkaskiej myśli architektonicznej, przesyconej zwykle pewnym dualizmem.

Po powrocie do Cusco również ścieżką dotrzeć można do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) – MałegoCusco, które też jest jakby obrazem tego pierwszego. To miasto, gdzie znakomicie widać, w jak piękny i przemyślany sposób budowniczowie potrafili w jednej konstrukcji łączyć adobe z kamieniem. Założone zostało ok. 1420 r., w okresie walk Inków z Chankami – ludem przez długi czas utrudniającym ekspansję Inków poza dolinę Cusco. Po zwycięstwie z przeciwnikiem w 1438 r. właśnie w to miejsce zesłano część inkaskiej szlachty, która stchórzyła w trakcie konfliktu. Dziś przepiękne, ale niedoceniane Huchuy Qosqo stanowi cel konnych wycieczek. Jest tym bardziej ciekawe, że można podziwiać tutaj niezapomniany widok na rozciągające się w dole miasteczko Calca oraz górujące nad nim szczyty pasma Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba).

Skoro padła nazwa Vilcabamba, warto wspomnieć, że do tej ostatniej stolicy Inków, która została założona w czasie walk z Hiszpanami, w selwie, po drugiej stronie Andów, da się dziś także dotrzeć szlakiem umownie określanym przeze mnie jako ścieżka. Do Espíritu Pampa – wioski położonej w bezpośrednim sąsiedztwie ruin doprowadzono już bitą drogę, przejezdną nie tylko dla samochodów terenowych. Kto więc chciałby zobaczyć, skąd Inkowie nękali Hiszpanów przez ostatnich 35 lat istnienia swojego niezależnego imperium i co po ich ostatniej stolicy pozostało, powinien wsiąść w auto i tam pojechać. Na dojazd do Vilcabamby z Cusco i powrót do niego trzeba przeznaczyć około pięć dni.

 

Zrekonstruowany grobowiec Pana z Sipán (Señor de Sipán) w kompleksie Huaca Rajada (Sipán)

© PromPerú/Favio Ovalle

 

TRASY NA PÓŁNOCY

Na północy, drogą, a więc szlakiem standardowym, dostaniemy się do miast Huacho, Casma, Trujillo, Tumbes, Chiclayo i Cajamarca. Wszystkie inne punkty na mapie i poprzednio wymienione miejsca wymagają skorzystania ze ścieżek, choć w przypadku Tarapoto będzie to ścieżka… powietrzna. Do Caral, Túcume i Chachapoyas również zaprowadzi nas niestandardowa droga. Jednak to chyba dobrze: otarcie się o Peru z pogranicza podczas wyprawy po tym kraju nikomu nie zaszkodzi.

 

Barwny pochód organizowany w mieście Cajamarca uważanym za stolicę peruwiańskiego karnawału

© Pro mPerú/Marco Garro

 

CASMA

W Casmie należy zwiedzić przede wszystkim Sechín (Cerro Sechín). W kompleksie znajduje się przedziwna, ale coraz lepiej zrekonstruowana świątynia ofiarna sprzed wielu tysięcy lat – z czasów, gdy o Inkach w Peru jeszcze nikomu się nie śniło. Uwagę przykuwają tu przede wszystkim makabryczne płaskorzeźby. Przedstawiają jeńców prowadzonych na stracenie oraz ich odcięte głowy, ręce i nogi. Z tych rysunków można by ułożyć cały atlas anatomiczny! Przypuszczalnie dawni mieszkańcy Cerro Sechín jako pierwsi próbowali uporać się z nękającym ich zjawiskiem pogodowym El Niño. Czynili to za pomocą modłów i kierowania próśb do swoich bogów, a aby je wzmocnić, składali bóstwom liczne ofiary z ludzi.

 

TRUJILLO

Leżące nad rzeką Moche ponad 950-tysięczne Trujillo to przed wszystkim świątynie: wielka Huaca del Sol (Świątynia Słońca), będąca pod względem kubatury największą piramidą w Ameryce Południowej, oraz Huaca de la Luna (Świątynia Księżyca). Są one dziełami kultury Mochica, oczywiście preinkaskiej, która ofiarami z ludzi jako pierwsza starała się okiełznać pogodowy fenomen El Niño. Poza tym w położonym na północny zachód stąd Sipán znajduje się Huaca Rajada z grobami w piramidach, skąd pochodzi kolekcja złotych artefaktów oraz misternie przyozdobione szczątki jakiegoś wielkiego króla, wysłanego w zaświaty z blisko 10-osobową świtą.

Złote skarby z Sipán, porównywane nierzadko do kosztownej zawartości grobowca Tutanchamona, po tym jak objechały cały świat w formie ekspozycji czasowych, dziś można podziwiać we wspomnianym muzeum w Lambayeque. Tego miejsca na północy Peru nie wolno ominąć. Wizyta w nim to absolutny mus, jeden z najprzyjemniejszych możliwych przymusów.

Przedmieściem Trujillo jest Huanchaco, z szeroką plażą i caballitos de totora – niewielkimi łodziami z trzciny napędzanymi jednym wiosłem, na których można pozderzać się z oceanicznymi falami. Odwiedziny tutaj są o tyle godne polecenia, że woda przy brzegu ma wyższą temperaturę niż w okolicy Limy, bo znajdujemy się bliżej równika, a zimny Prąd Humboldta (Prąd Peruwiański) powoli zaczyna się w tym miejscu oddalać od wybrzeża. W pobliżu leży też Chan Chan – ulepione z gliny, gigantyczne miasto kultury Chimú, która – sądząc po tym, co wytworzyła – szczyciła się najlepszymi złotnikami w całej Ameryce przed Kolumbem.

 

CAJAMARCA

Z kolei Cajamarca już zawsze będzie się kojarzyć z pojmaniem Atahualpy przez Francisca Pizarra (i wszystkim, co z tego wynikło). Zresztą zachowało się tu trochę zabytków związanych z tym wydarzeniem. Jest zrekonstruowany Pokój Okupu (Cuarto del Rescate), przeznaczony na gromadzone przez Indian złoto, w zamian za które ich przywódca miał odzyskać wolność (Hiszpanie – oczywiście – go oszukali i nie dotrzymali obietnicy). Są inkaskie łaźnie, znacznie dziś rozbudowane i unowocześnione, gdzie Atahualpa, w momencie gdy wróg zbliżył się do miasta, zażywał kąpieli po trudach wojny domowej ze swoim przyrodnim bratem Huascarem. Poza tym w Cajamarce znajduje się także ciekawa Katedra (Catedral de Cajamarca), o przysadzistej bryle i bez żadnej wieży (co wiązać należy nie z lenistwem budowniczych, lecz z ich zmysłem praktycznym: wieża na terenach znacznej aktywności sejsmicznej to rzecz wielce ryzykowna). Okolicę można podziwiać z punktu widokowego na Wzgórzu św. Apolonii (Cerro de Santa Apolonia – 2764 m n.p.m.), do którego dochodzi się długim ciągiem stromych schodów. Na samej górze stoi oczywiście krzyż, jako że Peru jest w końcu na wskroś katolickim krajem.

Poza Cajamarcą znajdziemy piękne i położone najwyżej w Andach kamienne akwedukty oraz Ventanillas de Otuzco, czyli Okienka z Otuzco – pochodzące jeszcze z czasów preinkaskich grobowe nisze w skale, która z dalszej odległości wygląda jak podziurawiony holenderski ser. Takie obiekty wciąż przypominają, że zanim pojawili się tutaj Inkowie, na tych terenach przez kilka tysięcy lat rozwijały się najróżniejsze kultury.

 

Ruiny górskiej fortecy Kuélap stanowią pamiątkę po preinkaskiej kulturze Chachapoyas

© PromPerú/Daniel Silva

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Na północy ścieżką na pewno będziemy zmuszeni udać się do stanowiska archeologicznego Caral. Warto je odwiedzić, bo to najstarsze w Peru (i na obszarze obu Ameryk!) miasto – powstało 3 tys. lat p.n.e. Archeolodzy mieli szczęście, że do budowy tutejszych piramid i świątyń w pewnych miejscach używano roślinnej plecionki, która wzmacniała fragmenty murów. Dzięki temu można było owe mury i składające się na nie kamienie datować.

Caral było miastem w pełni rozwiniętym, nie raczkującym czy ledwie się dźwigającym na rachitycznych nogach. W tak rozwiniętej formie nie mogło więc pojawić się z niczego. To pokazuje, że cywilizacja musiała się tu rozwijać dużo wcześniej, a prawdziwe początki peruwiańskiej kultury sięgają co najmniej 4 tys. lat p.n.e.

Innym niezapomnianym miejscem, do którego prowadzą północne ścieżki, jest Túcume, rybacka wioska nieopodal Chiclayo. W tej okolicy znajduje się skupisko ok. 30 piramid kultury Sicán (Lambayeque), wywodzącej się z wcześniejszych kultur Mochica i Vicús. Zbudowano je nie z kamienia, lecz z adobe, dlatego czas przepięknie je postrzępił i wyżłobił. Dzięki temu budowle jeszcze zyskały na niesamowitości i urodzie. Jeśli ktoś zapytałby mnie, jakie jest najbardziej upiorne miejsce w Peru, to odpowiedziałbym, że właśnie Túcume. Jeżeli chciałby wiedzieć, które peruwiańskie zabytki są według mnie niesłusznie zapomniane i niedoceniane, podałbym identyczną odpowiedź.

Trochę podobnie rzecz ma się z prowincją Chachapoyas, dawniej centrum kultury o tej samej nazwie. Położona daleko na północy, jest trudno dostępna choćby dlatego, że z Limy jedzie się do niej około doby. A jeśli ktoś planuje całodniową podróż ze stolicy, na pewno wybierze Cusco lub jezioro Titicaca.

Tymczasem ziemie należące do starożytnej kultury Chachapoyas mają czym przyciągać podróżników. Na zainteresowanie zasługują leżące w prowincji Luya wysokie na niemal 20 m mury fortecy Kuélap (Cuélap), którym zawdzięcza ona miano peruwiańskiego Babilonu, czy Sarcófagos de Karajía (Carajía) – lepione z gliny (i wzmacniane drewnianym szkieletem) sarkofagi w formie ludzkich postaci nadnaturalnej wielkości (przypominające słynne posągi moai z Wyspy Wielkanocnej). Są tutaj również podwieszane pod gigantycznymi, skalnymi klifami całe cmentarne miasteczka, jak np. Pueblo de los Muertos (Tingorbamba – 2329 m n.p.m.). Niezwykłe jezioro w prowincji Chachapoyas – Laguna de los Cóndores (Laguna de las Momias) – zadziwia trudno dostępnymi, śnieżnobiałymi, wiszącymi grobowcami, które w przeszłości wielu brało za wykonane ze złota, co przyczyniło się do utrwalenia mitu o El Dorado.

Zdecydowanie ścieżką dociera się też do 150-tysięcznego Tarapoto, położonego wśród wzgórz w puszczy amazońskiej. Niedaleko niego znajduje się przepiękny wodospad Ahuashiyacu. W mieście działa Centro Takiwasi – jedyna w swoim rodzaju klinika dla osób uzależnionych, gdzie francuski personel medyczny, wspomagany przez Peruwiańczyków, wyprowadza pacjentów z nałogów za pomocą amazońskich farmaceutyków: tutejszych plantas medicinales („roślin leczniczych”), zbieranych w pobliskim lesie tropikalnym. Jeśli ktoś chce wziąć udział w piciu ayahuaski – Francuzi także oferują ją w najczystszej postaci. Powodów do przyjazdu do Tarapoto znajdzie się więc sporo, a ponoć, jeżeli ktoś raz zawita do tego miasta, będzie do niego przyjeżdżał ponownie.

Podobnie jest z całym Peru. Jeśli chociaż raz je odwiedzimy, będzie nas tak długo kusiło, aż wrócimy w jego progi. Bo zawsze odkryjemy w nim coś, czego jeszcze nie widzieliśmy, a co zobaczyć trzeba. To kraj, w którym obok wygodnych dróg wiją się niezliczone ścieżki, a koło nich pojawiają się kolejne drogi. Nie ma zatem na co czekać: w drogę!

 

Wydanie jesień-zima 2018