Magdalena Moll-Musiał

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

<< Wenezuela to kraj kontrastów - kipiące zielenią wilgotne lasy równikowe delty Orinoko, krystalicznie czysta woda i wspaniałe karaibskie plaże, nieziemskie góry stołowe, nazywane tu „tepuyes”, oraz Salto Ángel, najwyższy wodospad świata. Na jego terytorium mieszkają otwarci, roztańczeni ludzie, pielęgnujący swoje niezliczone tradycje. Z drugiej strony mamy tutaj zaniedbaną gospodarkę, niepohamowaną inflację i ubóstwo, co szczególnie rzuci nam się w oczy, jeśli zdecydujemy się na dłuższą wyprawę po kontynentalnej części tego południowoamerykańskiego państwa. Z pewnością jednak różnorodność pejzaży, smaków, zapachów i innych doznań sprawia, że ojczyzna jednych z najpiękniejszych kobiet na ziemi posiada nieodparty urok dla poszukiwaczy przygód. >>

 

Stać, kontrola! – krzyczy wojskowy, zatrzymując naszego busa. Wchodzi do środka, sprawdza dokumenty.  – Pani nie ma ważnego paszportu – zwraca się do jaskrawo ubranej Wenezuelki. – Tak, niestety, nie mam… – odpowiada ona, nieśmiało wtykając w dłoń mężczyzny zawiniątko boliwarów. Ten wsuwa banknoty do kieszeni i mówi: Można jechać! Pokonanie odległości 90 km od granicy z Kolumbią do wenezuelskiego miasta Maracaibo zajmuje nam 7 godz. Po drodze podobnych kontroli mamy aż 14, ale nie wszystkie są tak błyskawiczne. Podczas każdej pani bez paszportu uiszcza opłatę, która umożliwia jej kontynuowanie podróży. Gdy kończy się jej gotówka, cały bus wykazuje imponującą solidarność – pasażerowie zrzucają się na odpowiednią łapówkę, abyśmy mogli pojechać dalej. Wojskowi i policja nie sprawdzają niczego poza dokumentami – w bagażach prawdopodobnie da się przewieźć wszystko, czego dusza zapragnie, pewnie nawet i kolumbijską kokainę… Dla kontrolujących znalezienie podróżnego bez odpowiednich papierów to prosty i pewny zarobek.

 

Dzielnie znosimy trudy tej społecznie edukującej przeprawy, aby wreszcie dotrzeć do serca Wenezueli, poznać jej mieszkańców, kulturę i piękno. Wędrówka przez ten kraj ma niewątpliwie znamiona prawdziwej przygody z nutką nieprzewidywalności. Żartujemy, że odkrywamy te ziemie prawie jak włoski żeglarz w służbie hiszpańskiej Amerigo Vespucci (1454–1512). Dla niego również przeprawa przez kontynent była wyjątkowo trudna, tyle że nie z powodu przygranicznych kontroli, lecz ze względu na łańcuchy wysokich Andów. Vespucci dotarł podobnie jak my nad jezioro Maracaibo, gdzie spostrzegł domy zbudowane nad wodą na palach (palafitos). Dlatego też nazwał tę krainę „małą Wenecją”, co po hiszpańsku oddaje wyraz Venezuela.

 

Prawdziwe skarby przyrody

Dzisiaj Wenezuela przyciąga swoimi warunkami naturalnymi. Największą popularnością cieszy się wyspa Margarita, którą co roku odwiedza ponad 2,5 mln ludzi. To właśnie do jej brzegów w sierpniu 1498 r. dopłynął Krzysztof Kolumb. Jej okolica to znakomite miejsce do uprawiania wszelkich sportów wodnych: nurkowania, surfingu oraz wind- czy kitesurfingu. Liczne hiszpańskie fortyfikacje na wyspie opowiadają natomiast dawną historię pirackich porachunków. Ciekawą atrakcją na Margaricie są tzw. Piersi Maríi Guevary (Las Tetas de María Guevara) – dwa niewielkie bliźniacze wzgórza położone na południe od jeziora La Restinga. Lokalna legenda głosi, że ich nazwa pochodzi od imienia i nazwiska kobiety, która bohatersko walczyła w wojnie o niepodległość Wenezueli (1810–1823) i została pochowana pomiędzy wzniesieniami.

Miejsce niezwykle piękne stanowi Park Narodowy Canaima (Parque Nacional Canaima). To tutaj w sercu dżungli znajduje się osławiony wodospad Salto Ángel, wypływający z płaskiego jak stół wierzchołka Auyantepuy („Góry Diabła”). Ma on aż 979 m wysokości, czyli 19 razy więcej niż Niagara! Nazwano go na cześć Jamesa Crawforda Angela (1899–1956), amerykańskiego lotnika, który w 1933 r. jako pierwszy przeleciał nad tym cudem natury. Zakochał się w nim do tego stopnia, że zapragnął, aby po śmierci rozsypać nad wodospadem jego prochy. Dziś Salto Ángel przyciąga nie tylko miłośników przyrody, lecz również entuzjastów sportów ekstremalnych, szczególnie amatorów BASE jumping, czyli skoków spadochronowych z wieżowców, mostów, masztów, urwisk górskich itp. Warto przypomnieć, że właśnie w kwietniu br. Karolina Sypniewska, Agnieszka Grudowska i Piotr Sudoł po udanej wspinaczce do źródeł kaskady przez dwa dni (z noclegiem na półce skalnej) zjeżdżali na linach w dół wzdłuż wodospadu (tzw. rappelling). To pierwsi Polacy, którzy odbyli tego typu wyprawę na szczyt Auyantepuy.

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Playa El yaque na Margaricie – mekka wind- i kitesurferów

 

Przy planowaniu ekspedycji do Salto Ángel trzeba wybrać odpowiednią porę roku. Dociera się do niego drewnianą curiarą – rodzajem długiego czółna Indian Pemon. Od czerwca do grudnia rzeki są na tyle głębokie, że pozwalają przepłynąć swobodnie. W porze suchej, od grudnia do marca, często łodzie trzeba pchać po piachu, bo poziom wód jest za niski.

Park Narodowy Canaima kryje jednak w sobie jeszcze więcej wspaniałości. Można powiedzieć, że natura stworzyła tu jedne z najbardziej zadziwiających budowli na ziemi. Wspomniani miejscowi Indianie Pemon nazywają je tepuyes, co oznacza „domy bogów”. Te nierzadko spowite mgłą góry stołowe (z najwyższą Roraimą – 2810 m n.p.m.) pochodzą z ery prekambru. Wykształciły się w ciągu milionów lat pod wpływem erozji. Niczym kamienne drapacze chmur wyrastają nawet 1000 m ponad poziom otaczającej dżungli. W parku znajduje się ok. 115 szczytów, z których bierze swój początek wiele drobnych rzek.

 

W chatkach Warao

Podróżnicy o zainteresowaniach etnograficznych prawdopodobnie odkryją swoje eldorado przy ujściu Orinoko do Atlantyku, o ile tylko zaakceptują miejscową wersję luksusu (na turystów czekają tutaj domy, w których rolę ścian pełnią moskitiery, dachy pokryte są palmowymi liśćmi, a prysznic działa na wodę z deszczówki). To druga co do wielkości (po Amazonce) delta rzeczna w Ameryce Południowej. Mówi się, że należy do najbardziej dziewiczych regionów świata. Te tereny zamieszkują Indianie Warao, czyli „Ludzie Łodzi”. Doskonale zaaklimatyzowali się oni w tych trudnych warunkach. Plątaninę odgałęzień i odnóg rzeki Orinoko pokonują tradycyjnymi czółnami. Czasem można zobaczyć, jak dzieci Warao uczą się pływać, zanim jeszcze zaczną chodzić. Niektórzy twierdzą, że przed postawieniem pierwszych kroków maluchy potrafią już wiosłować. Kanały dzielą deltę na niezliczone podmokłe wysepki pokryte gęstym lasem deszczowym i bujną roślinnością. Indianie żyją w małych osadach złożonych z charakterystycznych domków na palach. Prowadzą oni bardzo proste życie. W chatach zobaczymy zazwyczaj tylko rozwieszone hamaki i sznurki z kolorowym praniem. Jednak ich mieszkańcy wyglądają na szczęśliwych. Pokażą nam, jak cieszyć się każdą chwilą, nie martwić o przyszłość i radować z rzeczy zwyczajnych. W takim otoczeniu nie jest to zresztą aż tak trudne. W gęstwinach drzew ukrywają się tu niezliczone tropikalne ptaki – papugi ary, kolibry, tukany i setki innych, które bez przerwy wyśpiewują codzienną pieśń natury. Przy odrobinie szczęścia w wodach Orinoko spostrzeżemy też różowe delfiny (inie), a na brzegu zobaczymy pociesznego gryzonia – wielką włochatą kapibarę. Wraz z Indianami złowimy także kilka piranii i to przy pomocy najprostszej na świecie wędki – patyka z nadzianą przynętą.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Indianie Warao żyją na obszarze delty orinoko od ok. 8–9 tys. lat

 

Warao ucieszą się, jeśli zakupimy od nich jakieś pamiątki. Dzięki temu zarobią choć parę groszy. Mimo iż nadal żyją w zgodzie z rytmem przyrody, ich świat wygląda inaczej niż za czasów ich przodków. Orinoko została już tak zanieczyszczona przez odpady przemysłowe z centralnej Wenezueli, że nie mogą oni polegać na jej darach. Warto więc zabrać ze sobą na wycieczkę paczkę dla nich z wodą pitną czy nieprzetworzonym jedzeniem o przedłużonym terminie ważności. Na pewno odwdzięczą się nam za to na swój sposób, np. zaproszą na ucztę z serc palmy (palmitos) – bogatych w witaminy A i C rdzeni pnia młodego drzewa, a nawet poczęstują nas winem palmowym (czyli naturalnym sokiem roślinnym z palmy poddanym procesowi fermentacji). Niestety, w związku z dewastacją środowiska Indianie żyją krótko i ich populacja kurczy się. Dziś ocenia się ją na ok. 40 tys. osób. Dodatkowe spustoszenia w ich społeczności wyrządza gruźlica, na którą dość często zapadają i której nie potrafią skutecznie leczyć. Warto podkreślić, że uznają oni śmierć za bardzo naturalne zjawisko, więc łatwo godzą się z przewlekłą chorobą i nie szukają pomocy.

Warao wierzą, że pochodzą od żądnego przygód Pierwszego Łowcy. Mieszkał on w niebie wraz z istotami podobnymi do ludzi i ptakami. Pewnego dnia wziął swój łuk i zestrzelił jednego z tych ptaków, a jego towarzysze zlecieli się w miejsce, gdzie upadł, i rozdrapali podłogę z chmur. Przez powstałą dziurę Pierwszy Łowca spostrzegł, że na dole rozpościera się przepiękny ląd, z żyzną ziemią i wspaniałymi owocami. Zszedł przez chmury po linie i zdecydował się opuścić na zawsze niebiańską krainę. Osiadł w delcie Orinoko, a jego ród to właśnie Warao. Do dziś wierzą oni w trzypoziomowy podział wszechświata – pośrodku znajduje się ziemia, nad nią niebo, a pod nią królestwo podziemia, zamieszkane odpowiednio przez dobre i złe duchy. Szamani mają moc kontaktowania się z nimi, kiedy wprowadzą się w trans. Pomaga im w tym zwykły tytoń.

Wnikliwy obserwator z pewnością dostrzeże oryginalne indiańskie instrumenty. Wolno je fotografować, ale nie radzę ich kupować, bo wyrabia się je z części odzwierzęcych, więc ich przewóz do Europy jest nielegalny. Najpopularniejsze to flet muhusemoi (muhu znaczy „kość”, semoi – „instrument dęty”), skrzypce sekeseke oraz bęben ehuru. Flety są wytwarzane z piszczeli jeleni. Usuwa się z nich szpik kostny (najpierw nożem, resztę wyjadają karaluchy) i drąży się trzy otworki oraz ustnik w kształcie siodełka. Prawdziwych koncertów fletowych posłuchamy podczas tanecznego festiwalu z okazji zbioru plonów. Skrzypce sekeseke, według legendy, po raz pierwszy zbudowała małpa. Przyśniło jej się, jak je zrobić, a gdy się obudziła, metodą prób i błędów odtworzyła instrument. Dzięki swojemu talentowi muzycznemu uniknęła zjedzenia przez pana dżungli – jaguara. Dlatego do dziś Indianie wierzą w ochronny wpływ tych skrzypiec. Ehuru powstaje natomiast z dwóch rozciągniętych na drewnianych obręczach skór wyjców, jeleni lub jaguarów. W środku przywiązuje się struny z kolcami, które powodują charakterystycznie drgający dźwięk. Bębnów używało się podczas marszu przez dżunglę, aby wszyscy dobrze słyszeli, gdzie znajduje się przewodnik.

 

Wenezuelskie życie

Tym, którzy lubią muzykę i taniec, spodoba się nie tylko w gościnie u Warao. W wenezuelskich miastach kluby taneczne otwarte są 7 dni w tygodniu, przez całą noc aż do wczesnego rana i prawie zawsze można spotkać w nich tłumy ludzi. Gdy docieramy do stołecznego Caracas, nasz wenezuelski przyjaciel Ivan, dowiedziawszy się, że lubimy z mężem salsę, tak planuje nam każdy wieczór, abyśmy bawili się wyłącznie w miejscach, gdzie gra się i śpiewa na żywo. Wenezuelczycy uwielbiają też merengue, calipso i reggaeton. Ich dźwięki słychać niemal wszędzie – w sklepikach, autobusach, barach. Co ciekawe, większość (przynajmniej tych napotkanych przez nas) mieszkańców Wenezueli ma czysty głos i nie fałszuje, warto więc wybrać się z nimi na karaoke.

Być może to właśnie muzyka daje ludziom poczucie szczęścia i zapomnienia… Jeśli zamieszkamy w hotelu sieciowym, nie dotkną nas problemy, z jakimi borykają się Wenezuelczycy, jednakże warto zdawać sobie z nich sprawę. Ostatnio rząd wprowadził ograniczenia zakupu papieru toaletowego – tylko jedna rolka dziennie na rodzinę (jeszcze w maju 2013 r. były to 4 rolki na osobę). W tym południowoamerykańskim państwie do towarów deficytowych należy też pasta do zębów, mydło, szampon, proszek do prania czy mleko. Miejscowym bywa więc naprawdę trudno. Pamiętajmy o tym podczas pobytu w Wenezueli.

FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

XVII-wieczny zamek San Carlos de Borromeo nad zatoką Pampatar

 

Zwiedzanie wenezuelskiej ziemi proponuję zatem zacząć od Margarity. Już wyjaśniam dlaczego. Podobno w czasach kolonialnych hiszpańska brygantyna Santa Lucía, która transportowała wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa z Hiszpanii do Santo Domingo, musiała zatrzymać się na wyspie z powodu nagłej awarii. Przybito do brzegu w miejscowości Pampatar. Załoga poprosiła kapitana, aby podczas naprawy statku krzyż zawiesić w lokalnej kaplicy. Tak też uczyniono. Minęło kilka tygodni, usunięto usterki i wszystko było gotowe do dalszej drogi. Cenny ładunek znów umieszczono na pokładzie. W księgach okrętowych odnotowano idealną pogodę. Jednak gdy tylko kapitan odbił od brzegu, rozpętała się gwałtowna burza. Ulewa, grad i pioruny uniemożliwiały bezpieczną żeglugę. Załoga zaczęła przeglądać ładunek. Ktoś otworzył skrzynię ze świętym wizerunkiem. Twarz Chrystusa wydawała się tak przejęta i smutna, jak nigdy dotąd. Zdecydowano się więc na powrót do portu. Krucyfiks znów zawieszono w Pampatar, a niebo rozchmurzyło się i morze stało się spokojne. W ten sposób Jezus z Hiszpanii zamieszkał na uroczej wyspie i zasłynął jako Chrystus od Dobrej Podróży – Cristo del Buen Viaje. W 1748 r. zbudowano mu mały kościółek. Do dziś modlą się w nim miejscowi, którzy planują oddalić się od rodzinnych stron, oraz podróżni. Z jego opieką nawet na najdalszym krańcu fascynującej wenezuelskiej ziemi włos nam z głowy nie spadnie.

 

Artykuły wybrane losowo

Nieprzewidywalna Islandia

MICHAŁ MOC

www.icelandic.pl

 

<< Islandia, patetycznie nazywana krainą ognia i lodu, w rzeczywistości okazuje się przede wszystkim mozaiką kolorowych krajobrazów, zadziwiającej roślinności bohatersko wdzierającej się na pola lawy i miejscem, gdzie nawet najbardziej doświadczony obieżyświat musi odrzucić swoje przyzwyczajenia. Tutaj zbytnia pewność siebie i przekonanie o własnej racji może narazić na śmieszność, a nawet sprowadzić na przybysza poważne kłopoty. Za to na uważnych obserwatorów, podróżników otwartych i wyrozumiałych (głównie wobec siebie) i osoby, które właściwie przygotowały się do wyprawy, czeka rzeczywistość nadająca życiu nowy wymiar. >>

 

Wycieczka w głąb południowej części wyspy

©MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Na Islandii będziemy podziwiać widoki, jakich nie widzieliśmy nawet w snach, spotkamy ludzi silnych i potrafiących walczyć z przeciwnościami losu jak nikt inny w Europie oraz zwierzęta (konie islandzkie, owce, maskonury, wieloryby, lisy polarne, renifery, ogrom ptaków) żyjące z nimi w niezwykłej symbiozie. Kraj ten stał się nowym turystycznym rajem, a jego popularność wciąż rośnie. I trzeba przyznać, że w pełni zasługuje na swoją wysoką pozycję w rankingach na idealny cel podróży życia!

Na wyspę można dotrzeć bez przesiadek samolotem z kilku miast Polski (Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Gdańska) – lot trwa od 3,5 do 4 godz. Jedyne międzynarodowe lotnisko to Port Lotniczy Keflavík, który zapewnia blisko 100 bezpośrednich połączeń, w tym z większością europejskich stolic.

 

PO PRZYLOCIE

Na miejscu warto wypożyczyć samochód. Oprócz znanych światowych korporacji na Islandii działają też cieszące się dobrą opinią firmy lokalne, w których łatwo trafić na polskich pracowników, a nawet… właścicieli. Wybór pojazdu, obok zakwaterowania, należy do strategicznych decyzji osób planujących zwiedzanie. Wielkość budżetu wyprawy determinuje sposób eksplorowania wyspy. Koszty są bardzo mocno zróżnicowane w zależności od miesiąca i typu wypożyczanego samochodu. Od połowy czerwca do mniej więcej połowy września za wynajem na tydzień małego auta odpowiedniego do poruszania się po głównych drogach asfaltowych trzeba zapłacić kilkaset euro. Wypożyczenie standardowego samochodu z napędem na cztery koła i prześwitem większym niż 20 cm, umożliwiającego wjazd na drogi wewnątrz lądu (w szczególności te oznaczone literą F, zarezerwowaną dla traktów trudniejszych, górskich, kamienistych lub poprzecinanych brodami i rzekami) kosztuje już… kilka tysięcy euro. Z nastaniem chłodniejszych i bardziej deszczowych miesięcy ceny wynajmu stopniowo maleją, aby osiągnąć poziom europejski, ale równocześnie – szczególnie w zimie – rośnie ryzyko znacznego pogorszenia się warunków pogodowych (zdarzają się silne opady śniegu i huraganowe wiatry). Wiele dróg, w tym głównych i wydawałoby się zawsze przejezdnych, może wówczas być zamkniętych. Czasem nie sposób nawet wyjechać ze stołecznego Reykjavíku.

                Pierwszą noc po przylocie warto spędzić w Keflavíku lub okolicach (np. Grindavíku – portowym miasteczku na południowym wybrzeżu półwyspu Reykjanes, ze świetnym basenem, komfortowym kempingiem, a także knajpką „Bryggjan Kaffihús” słynącą z niesamowitej… zupy z owoców morza). Ceny są tu niższe niż w Reykjavíku, można zacząć się aklimatyzować i przyjrzeć nieco otoczeniu, a poza tym w przypadku większości korzystnych cenowo połączeń przylot zaplanowany jest na późny wieczór. Następny dzień dobrze rozpocząć od wizyty w tutejszych sklepach tanich sieci Bonus lub Netto. Wbrew obiegowym opiniom nie warto zapełniać bagażu zabieranego z Polski dużymi zapasami jedzenia (istnieją zresztą istotne prawne ograniczenia dotyczące wwożenia na wyspę produktów spożywczych). Korzystniej postawić na zdrową i niewiele droższą islandzką żywność kupowaną na miejscu. Owszem, cena bagietki (w przeliczeniu ok. 6–9 złotych) czy bochenka chleba (10–24 złotych) nie wydaje się zbyt zachęcająca, ale jakość większości produktów (pieczywo bywa niechlubnym wyjątkiem od tej zasady) jest porównywalna do tych kupowanych w ekskluzywnych sklepach spożywczych w naszym kraju. Warto jedynie zwrócić uwagę, czy artykuły w koszyku są faktycznie lokalne, a nie importowane z Danii, Norwegii, USA lub… Polski (jak popularny tutaj od lat znany polski batonik w złotym opakowaniu). Produkty, które rzeczywiście kosztują więcej, to przede wszystkim alkohol (dostępny w niezbyt dużym wyborze w specjalnych sklepach Vínbúðin) i wyroby tytoniowe. Szczęśliwie używki nie stanowią o magnetycznej sile Islandii. Na spożywanie trunków w trakcie zwiedzania zwykle nie wystarcza czasu (choć smak lokalnych piw bywa niezapomniany, podobnie jak wysokość rachunku), a palenie rzucić tu szczególnie łatwo – przekonują do tego ceny papierosów i znakomita jakość islandzkiego powietrza. Po zakupach pozostaje zadbać o pełen bak paliwa (najtańsze stacje to Orkan oraz Olís i ÓB – w czerwcu 2018 r. litr benzyny bezołowiowej kosztował na nich w przeliczeniu ok. 8 zł).

 

WŁASNYMI SIŁAMI

Alternatywą dla podróży samolotem i wypożyczenia auta na miejscu jest przyjazd własnym samochodem (jedyny prom M/S Norröna, przewoźnika Smyril Line z Wysp Owczych, pływa z duńskiego Hirtshals do portu Seyðisfjörður na wschodzie Islandii raz na tydzień). Podróż trwa niemal 3 doby w jedną stronę, a pod jej koniec można podziwiać niezmiernie urokliwe, ociekające dziesiątkami wodospadów wschodnie fiordy. Niemniej na niekorzyść tego rozwiązania przemawiają koszty takiej przeprawy (szczególnie w lecie), jej czas (należy jeszcze doliczyć dojazd z Polski do północnej Danii) oraz ryzyko ekstremalnych przeżyć na morzu (głównie poza sezonem). Jest to więc dobry pomysł dla osób zakochanych w Islandii i odwiedzających ją po raz kolejny. Dzięki własnemu autu mają szansę poznać ją lepiej, odkryć skarby ukryte przed oczami większości turystów i wejść w bliski kontakt z tutejszą naturą.

                Oczywiście, można spotkać śmiałków przemierzających wyspę na własnych nogach. Gdzieniegdzie podróżowanie autostopem jest popularne lub wręcz oficjalnie sugerowane za pomocą specjalnych znaków drogowych. Jednak poza turystycznym południem ten sposób zwiedzania może też wymagać spędzania na poboczach w trudnym do opisania deszczu i przy huraganowym wietrze wielu godzin, szczególnie jeśli nie sprawdzimy wcześniej, ile aut przejeżdża wybraną drogą. Ogromna dobowa zmienność islandzkiej pogody i występowanie skrajnych zjawisk wyjątkowo silnie kłócą się z nieprzewidzianymi postojami w oczekiwaniu na okazję. Poprzedzone przygotowaniami i poważnym rozeznaniem modne na Islandii letnie wędrówki są warte polecenia, ale wycieczki stopem na wschód, północ albo Fiordy Zachodnie (Vestfirðir) poza sezonem lub w przypadku osób bez dużego doświadczenia łatwo mogą przerodzić się w walkę z czasem, ciężkimi warunkami pogodowymi i własnymi słabościami. Respekt budzi przemierzanie kraju na rowerze (głośnym wyczynem była wyprawa Kuby Witka z 2016 r., po której w kolejnym roku powstał Isoland – wyreżyserowany przez niego film dokumentalny o polskich emigrantach), ale to już zdecydowanie propozycja dla osób z doświadczeniem, siłą woli i świetną kondycją. Niemniej rowerzystów na wyspie spotyka się w wielu rejonach więcej niż autostopowiczów i można odnieść wrażenie, że ten sposób jej poznawania, choć ambitny i nieco ekstremalny, zyskuje na popularności.

 

W RĘKACH LOSU

Zamiast wypożyczać samochód po przylocie mamy wreszcie możliwość wykupienia wycieczek (pojedynczych lub w pakiecie) w lokalnych biurach podroży. To bardzo rozsądna propozycja, w szczególności dla osób, które doceniają, że tutejszy przewodnik trafia od razu we właściwe miejsca, wie, ile czasu na nie poświęcić, zna aktualny stan ścieżek, szlaków i dróg, stale obserwuje najdokładniejszą prognozę pogody oraz przekazuje więcej informacji niż przewodniki książkowe. Podróż po Islandii jest trudna do planowania. Choć wydany w minionym roku przewodnik informuje, że jedyna w promieniu 50 km restauracja serwuje posiłki do 21.00, to może się zdarzyć, iż o 18.30 zastaniemy zamknięte drzwi. Na wyspie wszystko cały czas się zmienia. Droga do konkretnej atrakcji staje się nieprzejezdna, lodowa jaskinia zawala się pod wpływem skoków temperatury, a właściciel gruntu, na którym leży słynny wrak samolotu, ogradza go ze względu na zniszczenia powodowane przez turystów. Niewiele ponad 350 tys. mieszkańców nie jest w stanie sprawnie obsługiwać milionów gości z całego świata, szybko naprawiać bocznych dróg i zużytych samochodów czy remontować hoteli. Jednak to nie komfort stanowi o wyjątkowości tego kraju. Lokalny przewodnik lub farmer oferujący pokój w swoim gospodarstwie zawsze poradzi sobie z codziennymi niedogodnościami albo sprawi, żeby były one jak najmniej uciążliwe. O ostrzeżeniu przed powodzią lodowcową poinformuje swoich gości, zanim otrzymają mrożące krew w żyłach oficjalne SMS-y o niebezpieczeństwie, podpowie też, gdzie widziano renifery, obudzi przyjezdnych podczas zimowego spektaklu zorzy polarnej i wskaże najlepsze miejsce do jej podziwiania.

Samodzielny, nawet najbardziej oczytany turysta (lub korzystający z europejskiego biura podróży z niezbyt zorientowanym przewodnikiem) ma na poznanie prawdziwej Islandii mniejsze szanse. Potwierdzającym to przykładem niech będzie stosunek do pogody i planu wyprawy. Myślący po europejsku przybysze rozplanowują zwiedzanie z dokładnością co do godziny – wyliczają, jak szybko zamierzają się przemieszczać i na jak długo się zatrzymywać. Zakładają, że najpierw dotrą do interesującego ich miejsca, a potem je dokładnie obejrzą. Jednak na Islandii nie podróżuje się od punktu do punktu, tu po prostu się jest!

Warto więc nastawić się na pogodzenie się z warunkami pogodowymi i odkrywanie widoków za kolejnym zakrętem. Na stronie internetowej www.vedur.is dostępna jest najdokładniejsza islandzka prognoza pogody, zawierająca szczegóły dotyczące prędkości wiatru, stopnia zachmurzenia, prawdopodobieństwa opadów czy też… pojawienia się zorzy. Obok www.vegagerdin.is –z podglądem dróg i wiadomościami o ich przejezdności – to podstawowe źródło niezbędnych codziennych informacji dla Islandczyków. Dzięki tej wiedzy można często spędzić w słońcu (lub przynajmniej nie w deszczu) większą część pobytu, ciesząc wzrok cudownymi kolorami i krajobrazami. Prawdziwy urok Islandii tkwi w tym, że chłonie się chwilę, zostaje na dłużej tam, gdzie nam się spodoba, zatrzymuje się w miejscach rozświetlonych promieniami słońca. Często takie spontaniczne, niezaplanowane postoje zapisują się w pamięci jako najpiękniejsze momenty podróży, nie mniej emocjonujące niż oglądanie atrakcji znanych z pocztówek i przyciągających ludzi z całego świata. Przemierzać wyspę i przyglądać się jej to najlepszy sposób na zwiedzanie. Czasem gdy upartemu turyście trudno porzucić przyzwyczajenia, natura sama go ogrywa: akurat na te pół godziny zasłania lodowiec, przemacza poziomym deszczem trzy warstwy podobno nieprzemakalnej odzieży, boleśnie przewraca spontanicznym podmuchem o prędkości 90 km/godz. na nieutwardzonej (a jakże!) ścieżce lub z pomocą silnego wiatru… wyrywa z auta drzwi, zaledwie lekko uchylone z myślą o otwarciu. Śledzenie prognozy pogody, rozsądek i dbanie o swoje bezpieczeństwo są tu ważniejsze niż plan, a nawet pozorne oszczędności. Nagrodą za poddanie się siłom natury jest niezapomniana przygoda na Islandii, która ze sloganowej krainy ognia i lodu zmienia się w krainę marzeń i niesamowitości!

 

CENNE ATRAKCJE

Dzięki temu, że w czasie turystycznego sezonu słońce potrafi świecić niemal całą dobę (na początku lata przy dobrej pogodzie ciemno nie robi się wcale), kluczowe islandzkie atrakcje można odwiedzać w porach innych niż robią to autokary biur podróży, szczególnie iż nie ma tutaj bram, płotów, kas itp. Oferowane na miejscu wycieczki z doświadczonymi lokalnymi przewodnikami nie są tanie (od kilkuset złotych np. za rejs połączony z obserwowaniem wielorybów, spacer po lodowcu czy nurkowanie w międzykontynentalnej szczelinie pomiędzy płytami tektonicznymi, do 1,5 tys. złotych za wyjazd w interior lub pokonanie oszałamiającej górskiej drogi i przejażdżkę śnieżnymi skuterami). Jednak warto ponieść te koszty. Na Islandii turysta zostawia zazwyczaj znacznie więcej pieniędzy niż zakładał, przy czym trzeba przyznać, że wcale tego nie żałuje, a nawet – w miarę możliwości – usiłuje ów wyczyn z nie mniejszym rozmachem powtórzyć. Z kolei Islandczycy uważają, że ceny są takie, jakie być powinny: po prostu rzecz lub usługa kosztuje tyle, ile jest warta i ile ktoś chce za nią otrzymać, zatem właśnie tyle należy mu zapłacić. Poza stołecznym Reykjavíkiemzniżki – afsláttur – stosuje się tu dużo rzadziej niż w kontynentalnej Europie, najczęściej w sklepach spożywczych przy żywności z kończącym się terminem przydatności do spożycia.

 

NA POŁUDNIE, NA ZACHÓD

W przypadku pobytu na wyspie trwającego od pięciu do siedmiu dni, zorganizowanego samodzielnie, mamy do wyboru właściwie dwa kierunki zwiedzania – wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża lub w stronę półwyspu Snæfellsnespołożonego na zachodzie. W ich trakcie nie trzeba wjeżdżać w głąb wyspy ani przekraczać rzek. Żadna z nich generalnie nie wymaga poruszania się autem z napędem na cztery koła (korzystanie z takiego samochodu rekomendowane jest od listopada do marca z uwagi na możliwe oblodzenie dróg, silne wiatry i zmienny stan nawierzchni). W przypadku obu wypraw można po drodze odwiedzić słynne kąpielisko termalne Błękitna Laguna (Blue Lagoon), Reykjavík i Golden Circle – Złoty Krąg. Na ten ostatni składają się trzy główne popularne atrakcje: obszar Þingvellir (gdzie w 930 r. po raz pierwszy obradował narodowy parlament Althing), gejzery – Geysir (to od niego wzięła się nazwa tego typu gorącego źródła) i Strokkur (w przeciwieństwie do pierwszego ten wciąż jest aktywny i regularnie wyrzuca strumień wody) – i w końcu Gullfoss, jeden z najbardziej znanych islandzkich wodospadów (ogląda się go zarówno z platform widokowych, jak i – w miesiącach letnich – z głazów wcinających się w przyspieszającą przed kipielą wodę).

Wyprawę po regionie południowym kontynuuje się, podążając drogą nr 1 ponad 300 km na wschód wzdłuż wybrzeża aż do słynnych lodowcowych zatok. Warte obejrzenia są m.in. wodospady: Seljalandsfoss, który obchodzi się ścieżką wokół, Gljúfrabúi (Gljúfrafoss) ukryty w szczelinie skalnej czy Skógafoss tworzący opadającą ścianę wody o wymiarach ok. 15 x 60 m, wciąż czynny wulkan Eyjafjallajökull, wrak samolotu Douglas C-47 Skytrain (zwanego Dakotą) spoczywający na plaży Sólheimasandur, klify na półwyspie Dyrhólaey i sąsiednia czarna plaża Reynisfjara z bazaltowymi skałami, grotą i wystającymi z wody ostańcami znanymi z teledysków islandzkiej piosenkarki Björk. Za Vík í Mýrdal zachwycają: spektakularny, niezmiernie fotogeniczny kanion Fjaðrárgljúfur, pola mchu, Skaftafell (rejon popularnych pieszych wędrówek wokół jęzorów lodowca Vatnajökull i po nich, gdzie można też – poza sezonem letnim – wykupić wycieczki do jaskiń lodowych), jezioro Fjallsárlón, a nieco dalej laguna Jökulsárlón (to tutaj pływa się amfibią lub pontonem wśród gór lodowych z cielącego się lodowca, a po przeciwnej stronie drogi, od strony morza, przechadza się między lśniącymi bryłami lodu o futurystycznych kształtach).

Do wypadów w południowym regionie wyspy dobrą bazą są okolice miejscowości Hella. Na tle nielicznych (i zazwyczaj absurdalnie drogich) ofert zakwaterowania gdzieś wzdłuż lodowców te wypadają zdecydowanie korzystniej pod względem ceny i dostępności. Odpocząć lub przeczekać złą pogodę można w otwartym w 2017 r. nowoczesnym interaktywnym muzeum LAVA Centre w Hvolsvöllur. Godny uwagi jest także znajdujący się obok dobrze wyposażony sklep z islandzkim rękodziełem. W razie niesprzyjających prognoz dla odleglejszych części wybrzeża warto wybrać się na krótki rejs na malowniczo piętrzący się archipelag Vestmannaeyjar. Główna z wysp – Heimaey – wciąż pozostaje zamieszkana mimo widocznych do dziś skutków wybuchu tutejszego wulkanu Eldfell w styczniu 1973 r.

Jeśli zamiast eksplorowania południa Islandii wybraliśmy wycieczkę na Snæfellsnes, wówczas z okolic obszaru Þingvellir warto wyruszyć na północ nowym asfaltowym fragmentem drogi 550 (na niektórych mapach 52) z widokiem na interior. Po ok. 25 km najlepiej odbić w lewo w stronę Borgarnes i podążać dalej na północny zachód w kierunku półwyspu. Jeszcze przed wspomnianym miasteczkiem (dobrym miejscem na nocleg i zakupy) można odwiedzić pola geotermalne Deildartunguhver, wzgórze trolli w Fossatún lub drogą 520 dotrzeć na okalającą pobliski fiord – Hvalfjörður – trasę 47, skąd prowadzi dość wymagająca, ale bardzo ceniona przez piechurów ścieżka do wysokiego na 198 m wodospadu Glymur. Na Snæfellsnes czekają za to kolonie fok (m.in. na prawo od parkingu przy plaży Ytri Tunga), lawowa jaskinia Vatnshellir, niezliczone ptaki wokół przepięknych, postrzępionych nadbrzeżnych skał w wiosce Arnarstapi, urokliwe zatoki pamiętające świetność niewidocznych dziś osad rybackich, których historie znaczą wraki statków. Po północnej stronie półwyspu na wyróżnienie zasługują malownicze pole lawowe Berserkjahraun, Muzeum Rekina (na farmie Bjarnarhöfn, gdzie można spróbować specyficznego sfermentowanego mięsa z tej ryby), prom Baldur ze Stykkishólmur pływający na odizolowaną wysepkę Flatey i Fiordy Zachodnie czy znana z wielu turystycznych folderów góra Kirkjufell (463 m n.p.m.). W drodze powrotnej warto zajrzeć nieco w głąb lądu nad rozłożysty wodospad Hraunfossar oraz skorzystać z najpopularniejszej z nowych islandzkich atrakcji – wycieczki na lodowiec Langjökull potężnym busem z napędem na wszystkie osiem kół i spaceru do wnętrza lodowca specjalnie wyżłobionym tunelem (Into the Glacier).

 

Kirkjufellsfoss, wodospad w sąsiedztwie góry Kirkjufell na półwyspie Snæfellsnes

© PROMOTE ICELAND

 

GORĄCA ZIEMIA

Kto ma 10–14 dni na zwiedzanie Islandii, może już pokusić się o objechanie wyspy dookoła niemal w pełni wyasfaltowaną drogą nr 1. Jeśli jest się gotowym na planowanie noclegów na bieżąco, przy wyborze kierunku najrozsądniej zdać się na… pogodę. Wydaje się to rozwiązaniem nieco droższym, ale w rzeczywistości uwalnia od kłopotliwego pokonywania dziesiątek lub setek kilometrów do zarezerwowanych wcześniej miejsc zakwaterowania i pozwala zobaczyć wiele atrakcji przy akurat sprzyjających warunkach pogodowych. Wschodnie i północne rejony Islandii są światami dalece odmiennymi od turystycznego południa. Należałoby im poświęcać odrębne przewodniki. Fiordy wschodnie czy księżycowe krajobrazy między miastem Egilsstaðir a jeziorem Mývatn, potężny wodospad Dettifoss na rzece Jökulsá á Fjöllum, wulkaniczne obszary wokół miejscowości Reykjahlíð – widoki przekraczają tu możliwości wyobraźni, choć wizyta na południu wyspy już była dla niej ogromną dawką inspiracji. Nieograniczone przestrzenie przynoszą szczególne poczucie wolności, ale i uświadamiają małość i kruchość człowieka. Gdzieniegdzie odnosi się wrażenie, że dane miejsce aż po horyzont zostało przygotowane… tylko dla nas. Tutaj, zaraz za wzniesieniami oddzielającymi zabudowania od gorących jeszcze pól lawowych Krafla i bulgoczącej ziemi Hverarönd (Hverir), znajduje się konkurujące ze słynną Błękitną Laguną (ceną, widokami i kameralnym charakterem) kąpielisko termalne Jarðböðin (Mývatn Nature Baths). Nad jeziorem Mývatn lub w Akureyri (wspaniałym, młodym duchem akademickim mieście, gdzie zamiast czerwonych świateł na skrzyżowaniach zapalają się czerwone serduszka) wykupimy niezapomnianą wycieczkę do wnętrza lądu, np. do kaldery Askja, aby po przeprawie specjalnym busem przez rzeki i marsjańskie krajobrazy podziwiać polodowcowe jezioro Öskjuvatn, wykąpać się w ciepłej, mlecznej wodzie wypełniającej wulkaniczny krater, a nieopodal obejrzeć rozległe pola lawy Holuhraun powstałe w wyniku erupcji wulkanu Bárðarbunga z lat 2014–2015. Jeżeli ktoś ma więcej czasu, w trakcie wyprawy wokół Islandii powinien też rozważyć wypłynięcie na obserwowanie wielorybów ze słynącego z tej atrakcji Húsavíku, choć trzeba przyznać, że podobne rejsy oferuje się w wielu islandzkich portach otwartych na północne wody i to najczęściej w niższej cenie.


NIEPRZYSTĘPNA KRAINA

Najbardziej odizolowane i tajemnicze są imponujące ogromem przewyższeń i klifów, wzbudzające szczególne emocje w oglądających Fiordy Zachodnie, według miejscowych legend kraina… magii i czarów (Strandagaldur, Museum of Icelandic Sorcery & Witchcraft – Muzeum Islandzkiej Magii i Czarów znajduje się w miasteczku Hólmavík). Północno-zachodnie krańce wyspy, jeszcze kilkanaście lat temu niemal niedostępne przez znaczną część roku ze względu na strome i zasypywane śniegiem szutrowe drogi wijące się wzdłuż brzegu morza i przez wysoko położone przełęcze, obecnie stały się nieco łatwiejsze do przemierzania (za wyjątkiem wyłączonego z ruchu i działalności człowieka Rezerwatu Naturalnego Hornstrandir) dzięki prawie w całości utwardzonym drogom 60 i 61. To chyba najbardziej lubiany cel wycieczek samych Islandczyków. Znajdują się tu gorące baseny i naturalne oczka kąpielowe, głębokie fiordy (które można oglądać także z perspektywy kajaka, wypożyczonego np. w Ísafjörður, albo końskiego grzbietu), najrzadziej odwiedzane jary i wodospady, małe rybackie osady i w końcu opuszczone przetwórnie rybne czy wraki (statków, samochodów i samolotów). To Islandia ze wspomnień, bez śladów przemysłu, ufna i prosta – z jajkami i marmoladami wystawianymi na sprzedaż w okolicy samotnych farm, jagodowymi krzewami opanowującymi we wrześniu ciągnące się kilometrami zbocza, pokazująca jak zwyczajne było życie dawniej. To raj dla ptaków i wolnych ludzi, a jednocześnie koniec świata, który jesienna lub wiosenna śnieżyca potrafi odciąć od reszty wyspy albo podzielić na odizolowane od siebie enklawy na długie dni. Mieszkańcy tej części kraju traktują jej trudne warunki jako zwykłą kolej rzeczy, wielu z nich lubi tę surowość, ciszę i siłę, również w niełatwych zimowych miesiącach, mimo szczególnie depresyjnego wówczas nastroju. Z perspektywy turystów magia Fiordów Zachodnich może jednak wyglądać inaczej. Utknąć w śniegu na 10 godz. lub w zapomnianym hoteliku na cztery nieplanowane dni tylko dlatego, że nie śledziło się kilka razy dziennie zmieniającej się dynamicznie prognozy pogody, to nie dla wszystkich atrakcyjne doświadczenie.

 

WIELKA SIŁA PRZYCIĄGANIA

Na turystycznej mapie świata łatwo znaleźć wiele miejsc, gdzie za określoną kwotę można się zrelaksować, wygrzać w słońcu, zaznać komfortu i spokoju, wyłączyć myśli. Jest to formuła tak popularna, jak przewidywalna – kierując się doświadczeniami przyjaciół, opiniami z internetu, artykułu lub przewodnika, decydujemy się na sprawdzoną wycieczkę organizowaną samodzielnie lub przez biuro podróży w formie pakietu all inclusive, dopasowaną do naszych gustów i możliwości. Islandia zachęca do uprawiania zupełnie innego typu turystyki, opartej na eksploracji, ruszaniu w nieznane, odmienności i zmienności. To znamienne, że trudno trafić na osoby, które odwiedziły ten kraj i nie chciałyby do niego wrócić. Nawet 10 lat regularnych turystycznych wypraw w te strony nie daje przekonania, iż poznało się wszystkie malownicze zakątki, a magnetyczna moc wyspy – nigdy ponownie takiej samej – potrafi wielu zawrócić w głowie. Islandia zmienia się jak topniejące lodowce: rok po roku traci odrobinę północnego charakteru, ale równocześnie gdzie może walczy, aby czas i turyści nie pokonali jej zbyt łatwo. Warto przyjechać tu, żeby spojrzeć na świat z szerszej perspektywy i poznać… samego siebie. Nie wolno zwlekać zbyt długo, bo Islandczycy coraz dotkliwiej odczuwają skutki popularności swojej ojczyzny, którą nie każdy przybysz należycie szanuje, czym wywołuje niekiedy frustrację właścicieli tutejszych terenów i doprowadza do zamknięcia czy ogrodzenia kolejnych atrakcji. Mimo dużego zainteresowania Islandią wśród obcokrajowców oraz wysokich cen lokalnych usług i towarów jej mieszkańcy wciąż nie traktują turystów jako dostawców świeżej gotówki lub co gorsza intruzów. Pozostaje więc tylko życzyć sobie odpowiedzialnych przygotowań i dobrej pogody oraz aby wspomnianego ognia i lodu nigdy nie spotkać w jednym miejscu i czasie. Po wizycie na tej niesamowitej wyspie postrzeganie świata i podróżowanie nie jest już takie jak wcześniej. I wyjątkowo często korci, żeby znów stanąć wśród lawy i mchów, oko w oko ze zdziwionymi baranami, wyłuskując z kieszeni grubej kurtki kolejnego lukrecjowego cukierka.

 

Fiordy Zachodnie są jednym z najmniej zaludnionych obszarów wyspy

© MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Wydanie Lato 2018

Ukryte oblicza Indii

PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro

 

<< Żeby zrozumieć wielką różnorodność Indii, trzeba pojechać w Himalaje, wybrać się na trekking przez deszczowy, zielony Sikkim, spalony słońcem, pustynny Ladakh i żyzny, szafranowy Kaszmir. Odpowiedź na pytanie, co – mimo aż tylu rzucających się w oczy różnic – łączy mieszkańców tego fascynującego kraju, można znaleźć również na dalekim południu Półwyspu Indyjskiego – w iście baśniowej Kerali. >>

Hindusi wierzą, że ich bogowie wybrali Himalaje na swoją siedzibę. Tu mieszka Śiwa z małżonką Parwati („górską boginią”), tutaj bierze swój początek święty Ganges. W tym rejonie rozpowszechnił się głównie buddyzm, ale wciąż silny jest też hinduizm oraz islam. Wyznawcy tych trzech religii na przestrzeni wieków toczyli zaciekłe boje o najwyższe góry świata.

Więcej…

Gruzja winem płynąca

MARIUSZ KAPCZYŃSKI
REDAKTOR NACZELNY PORTALU VINISFERA.PL

 

<< Wyprawy do Gruzji w ostatnich latach cieszą się wśród Polaków dużą popularnością. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co tak szczególnego przyciąga ich w te strony: niesamowite krajobrazy, wiekowe zabytki kultury chrześcijańskiej, smaczna regionalna kuchnia i wyjątkowe wina czy wreszcie życzliwi mieszkańcy, traktujący gości jak członków rodziny. Być może zresztą wszystkie te aspekty razem wzięte sprawiają, że w tym niewielkim kraju skrytym w cieniu gór łatwo poczuć się jak w domu. >>

Więcej…