ANNA GORDON

 

<< HasłoJamajka”uruchamia całą serię skojarzeń: słońce, plaża, relaks, muzyka, taniec... Na tej wyspie czeka nas jednak o wiele więcej. Charakterystyczna kultura, burzliwa i ciekawa historia, język ze specyficznym śpiewnym akcentem oraz otwarci i uśmiechnięci ludzie stanowią niemniej silny magnes przyciągający corocznie miliony turystów z całego świata. W 1988 r. na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w kanadyjskim Calgary reprezentacja tego gorącego karaibskiego kraju wzięła udział w zawodach bobslejowych. Jak więc widać, dla Jamajczyków nie ma rzeczy niemożliwych. >>

Ojczyzna muzyków reggae Boba Marleya i Shaggy’ego leży na niewielkiej wyspie na Morzu Karaibskim (prawie 11 tys. km² powierzchni). Największa liczba ludności zamieszkuje portowe Kingston, stolicę państwa od 1872 r. (wcześniej głównym ośrodkiem administracyjnym było Spanish Town). Eksportuje się stąd cukier wytwarzany z trzciny cukrowej, aromatyczną kawę arabikę oraz wyśmienity złocisty rum.

 

FOT. JAMAICA TOURIST BOARD

Jamajczycy nigdy nie tracą humoru

Spoglądając z okien samolotu lądującego na najbardziej ruchliwym w kraju międzynarodowym lotnisku w Montego Bay (Sangster International Airport), trudno nie przyznać racji Krzysztofowi Kolumbowi, który uznał Jamajkę za najpiękniejszą wyspę, jaką kiedykolwiek widział. Bogactwo form ukształtowania terenu jest tutaj niemal wprost proporcjonalne do różnorodności jamajskiej społeczności. Na przestrzeni wieków przybywali na ten niewielki skrawek lądu przedstawiciele wszystkich ras. Potwierdzenie tego faktu odkryjemy m.in. w wyśmienitej i cenionej kuchni, ale nie tylko.

 

Waa Gwaan?

Wielki wpływ na odrębność kulturową danej społeczności ma jej język. Tym oficjalnym, urzędowym na Jamajce jest angielski, ale na co dzień zdecydowana większość Jamajczyków używa dialektu Jamaican Patois (jamajski patois). Out of Many, One People („Z wielu – jeden lud”) – w motcie kraju znajdziemy też prawdę dotyczącą jamajskiej mowy.

Pierwszymi mieszkańcami wyspy byli Indianie Arawak i Taino. Im świat zawdzięcza m.in. takie słowa, jak „huragan”, „kacyk”, „barbecue” czy „papaja”. Sama nazwa Jamajka wywodzi się od wyrazu z języka z rodziny arawak Xaymaca, oznaczającego „ziemię źródeł” bądź „ziemię drewna i wody”. Po wizycie Krzysztofa Kolumba w 1494 r., w XVI w. do tutejszych brzegów dotarli hiszpańscy kolonizatorzy, a wraz z nimi portugalscy chrześcijanie i żydzi. Rdzenna ludność, nieodporna na europejskie wirusy i nieprzyzwyczajona do przymusowej pracy, masowo wymierała. Z tego powodu Hiszpanie niedługo po aneksji zaczęli sprowadzać niewolników z Afryki Zachodniej. Podobnie postępowali Brytyjczycy, którzy przejęli wyspę w 1655 r. Tym razem trafili tu żołnierze rekruci, nowi osadnicy, tania siła robocza wywodząca się z brytyjskich niższych klas społecznych, skazańcy z dużych więzień, plantatorzy i zarządcy majątków z Anglii, Irlandii, Szkocji i Walii, a także piraci.

Jamaican Patois według terminologii lingwistycznej należy do języków kreolskich. Sposób ich powstawania jest dość prosty. Najpierw w wyniku zetknięcia się grup ludzi z różnych rodzin językowych rozwija się tzw. pidgin (pidżyn), ułatwiający porozumiewanie się. Z czasem przekształca się on w samodzielny system. Źródła jamajskiego kreolskiego sięgają czasów niewolnictwa. Jego podstawę stanowi przede wszystkim bardzo uproszczony angielski i języki Afryki Zachodniej. Przez kilkaset lat na wymowę, akcent oraz słownictwo mieli wpływ przybysze z różnych zakątków świata. Niezmiernie długo Jamaican Patois funkcjonował jedynie w formie ustnej, bez opracowanych oficjalnie zasad pisowni. Obecnie stosuje się głównie zapis fonetyczny, lecz z dużą dozą dowolności. Niemal każdy wyraz można zobaczyć w kilku wersjach, np. little (mało) oddaje się w piśmie jako: likkle, likkl lub lickle. Warto zatem zaznajomić się z kilkoma zwrotami i wyrażeniami, które na pewno na wyspie usłyszymy Waa gwaan?(czyt. ła głan) „Co słychać?”, not'n much – „nic specjalnego”, me de hyah(czyt. mi de ja)„jakoś leci”, yah mon/yes mon – „tak”, „ok”, no mon„nie”.

 

Duchy przeszłości

Pierwszych kolonizatorów rozczarował w tych stronach brak złota czy innych cennych kruszców. Potraktowali więc wyspę jako zaplecze spożywcze. Brytyjczycy po przejęciu władzy przekształcili ją natomiast w ogromną plantację. Obiekty, które przetrwały do naszych czasów, są świadkami dawnego splendoru i stylu życia zamożnych posiadaczy ziemskich.

Domy plantatorów nazywano Great House nie bez przyczyny. Jak na wyspiarskie warunki były budowane ze znacznym rozmachem, przeważnie na wzgórzach, aby zapewnić ich europejskim mieszkańcom znośniejszą egzystencję w gorącym tropikalnym klimacie. Poza tym z werandy właściciele mogli obserwować całe swoje posiadłości. Budynki wznoszono z lokalnych materiałów oraz budulca przywożonego z Wysp Brytyjskich. Great House swym rozmiarem miał już z daleka informować o statusie jego gospodarza, a wystrój wnętrza świadczyć o wyrafinowanym guście, wysokiej pozycji społecznej i koneksjach towarzyskich domowników.

Na szczególną uwagę zasługują zwłaszcza dwie jamajskie rezydencje, łatwo dostępne dla turysty przebywającego w okolicach Montego Bay. Jedna z nich, leżąca na północnym wybrzeżu, na trasie z Montego Bay do Falmouth, to Greenwood Great House. W przeszłości dom ten należał do zamożnej rodziny Barrettów, będącej w posiadaniu ponad 84 tys. akrów ziemi i powyżej 2 tys. niewolników, pracujących na plantacjach trzciny cukrowej. Powstał on w latach 1780–1800 w stylu gregoriańskim. Udało mu się uniknąć losu wielu podobnych siedzib w 1831 r. podczas rebelii niewolników, dlatego zachował się w doskonałym stanie. Greenwood Great House stanowił centrum rozrywki ówczesnej elity. Do dziś szczyci się największą na wyspie kolekcją instrumentów muzycznych i maszyn grających, bogatym księgozbiorem z najstarszą pozycją datowaną na 1697 r., a także zestawem słynnej porcelany Wedgwood oraz oryginalnymi meblami i sprzętami sprowadzanymi z różnych zakątków Europy i świata.

FOT. JAMAICA TOURIST BOARD
Rose Hall great House nawiedzany przez ducha Annie Palmer

Z werandy domu rozpościera się przepiękny widok na turkusowe morze i osadę Greenwood, którą niegdyś pokrywały pola trzciny cukrowej. O tym, jakim sposobem posiadacze ziemscy mogli pozwolić sobie na takie życie, przypominają ogromne sidła na ludzi, rozstawiane niegdyś na plantacjach...

Drugą ze wspomnianych rezydencji jest Rose Hall Great House z 1770 r., położona na obrzeżach Montego Bay. W przeciwieństwie do Greenwood Great House ogromna większość przedmiotów znajdujących się tutaj to rekonstrukcje oryginalnych mebli bądź ocalałe z dziejowej pożogi antyki pochodzące z innych domostw. Zwiedzających przyciąga jednak przede wszystkim krwawa historia związana z tą posiadłością. Filigranowa Annie Palmer, nazywana White Witch („Białą Wiedźmą”), młoda wdowa po właścicielu Rose Hall, zapisała się w miejscowych legendach jako osoba bezwzględna i okrutna. Dzięki znajomości rytuałów voodoo, które to miała poznać w miejscu swego wychowania – na Haiti, zyskała sobie posłuszeństwo obawiających się jej niewolników. Każdy mężczyzna, który wpadł Annie w oko, kończył źle. Liczni kochankowie spośród niewolników ginęli torturowani, a trzej angielscy dżentelmeni, jej mężowie – mordowani na przeróżne sposoby w swoich sypialniach. Każdy pokój w domu stawał się sceną zbrodni... Po tragicznej śmierci z rąk niewolnika Takoo doczesne szczątki niesławnej wdowy złożono w skromnym, aczkolwiek masywnym betonowym grobie nieopodal Rose Hall. Jej duch błąka się podobno dzisiaj po tutejszych polach golfowych. Są i tacy, co twierdzą, że widzieli białą damę galopującą na koniu po okolicznych wzgórzach. Jedną z nielicznych rzeczy, które zachowały się z czasów Annie Palmer, jest lustro, znajdujące się w jej pokoju. Turyści robiący w tym pomieszczeniu zdjęcia mówią czasem, że dostrzegają na nich jakiś mlecznomglisty cień odbijający się w tafli szkła...

 

Plaże, plaże, plaże…

Ulubione miejsce Jamajczyków do spędzania świąt (zarówno państwowych, jak i religijnych) stanowią plaże. Odbywają się na nich również liczne imprezy. Po czym można poznać, że tę konkretną odwiedzają chętnie miejscowi? Po strojach plażowiczów kąpiących się w podkoszulkach, leginsach czy T-shirtach, czepkach pod prysznic chroniących włosy kobiet przed zamoczeniem, dużej liczbie osób uciekających przed słońcem do cienia, a także tłumie ludzi jedynie taplających się przy brzegu. Otóż – co ciekawe – warto pamiętać o tym, że większość Jamajczyków nie potrafi pływać…  

Jamajka, mimo swoich niewielkich rozmiarów, ma bardzo zróżnicowaną linię brzegową. Znajdziemy tu chyba wszystkie możliwe rodzaje plaż, począwszy od tych z piaskiem w różnych kolorach i o rozmaitej strukturze: białym i delikatnym (Negril, Runaway Bay, Fort Clarence niedaleko Kingston), żółtawym i szorstkim (Ocho Rios), szaroburym wulkanicznym (okolice Kingston, Lucea na północnym wybrzeżu), a skończywszy na tych pokrytych kamieniami (kurort Round Hill) i skalistych urwiskach (Negril – klify West End).

Jeśli zatrzymamy się w Montego Bay, warto wynająć auto, aby robić wycieczki po okolicy. Można skorzystać np. z wypożyczalni w hali przylotów Międzynarodowego Portu Lotniczego Sangster. Pobiera się w niej jednorazową kaucję w dolarach z karty kredytowej. Na Jamajce obowiązuje ruch lewostronny i przeważają samochody z automatyczną skrzynią biegów. Nawierzchnie na trasie z Montego Bay do Ocho Rios i do Negril są w bardzo dobrym stanie. Trzeba jedynie uważać na jeżdżących brawurowo jamajskich kierowców oraz patrole drogówki. Podróżowanie autem daje nam tę wygodę, że to my decydujemy, dokąd jedziemy i jak długo gdzieś zostaniemy.

W drodze do Ocho Rios polecam zatrzymać się na którejś z mijanych plaż w Discovery Bay, Runaway Bay czy Priory. Z kolei między tym słynnym kurortem a miejscowością Oracabessa leży Reggae Beach. Na niej piosenkarz reggae Tarrus Riley nakręcił teledysk do piosenki She’s Royal. Gdy usiądziemy wśród palm i hamaków przy lokalnym barze z butelką jamajskiego piwa Red Stripe w dłoni, poczujemy się prawie jak na jego planie.

Na trasie z Montego Bay w przeciwnym kierunku, czyli na zachód, w stronę Negril, warto wstąpić na ciekawą plażę Half Moon Beach, położoną tuż za wioską Green Island. Od Negril dzieli ją jakieś 10 min. jazdy. Skręt na nią oznaczono znakiem półksiężyca, którego nie sposób nie zauważyć. W ciągu kilku minut ocienioną dróżką dociera się do trawiastego parkingu. Sama plaża jest niewielka, ale bardzo urokliwa, bo odosobniona. Nie brak jednak na niej baru serwującego napoje, koktajle i smaczne dania oraz pola biwakowego i chatek do wynajęcia w pobliżu.

Jeśli naszą bazę wypadową stanowi Kingston, na zwiedzanie stolicy i okolic powinniśmy wybierać się z kimś, kto zna te rejony. Mimo wszystko dobrze zboczyć z utartych szlaków, aby odkryć którąś z dwóch plaż najczęściej wybieranych przez kingstończyków – Hellshire lub Fort Clarence. Na pierwszą dość łatwo trafić. To, że dotarliśmy do celu, poznamy po licznych budach i smażalniobarach, skleconych byle jak i z czego się da, często ogrodzonych krzywo przyciętymi i nadgryzionymi rdzą płotami z blachy falistej. Króluje tu także wszechobecny zapach świeżych ryb zmieszany z wonią dymu z palenisk, gorącego oleju i smażenia. Hellshire Beach zajmuje średniej wielkości powierzchnię i jak na plażę publiczną jest w miarę czysta. Trudno oprzeć się na niej zakupowi smażonej ryby, która smakuje tutaj jak nigdzie indziej. Za lokalną specjalność uchodzi ta skropiona zalewą octową z ostrą papryczką scotch bonnet, cebulką i ziarenkami pimento (ziela angielskiego), czyli escovitch fish – jedna z narodowych potraw Jamajki.

Fort Clarence Beach znajduje się na tej samej trasie co Hellshire, lecz nieco bliżej Kingston. Ma status prywatnej plaży, więc wodorosty usuwa się z niej na bieżąco, kąpiących się pilnuje ratownik, a natrętni obnośni sprzedawcy nie są na nią wpuszczani. Opłata za wstęp wynosi 250 dolarów jamajskich za osobę dorosłą i 100 dolarów jamajskich za dziecko (od 4 do 12 roku życia). Miejsca na pewno nam na niej nie zabraknie, bo Fort Clarence szczyci się naprawdę szerokim pasem białego piasku. Podobno tak niegdyś wyglądało Negril, słynące ze swojej wielkiej plaży, dopóki tuż nad brzegiem nie wyrosły hotele. Nie zaskoczy nas tutaj również zbytni tłok, za to towarzyszył nam będzie szum morza, delikatna bryza, mglisto zarysowane wzgórza na horyzoncie, trzepot skrzydeł przelatujących nad głową pelikanów i plusk wody, kiedy któryś z nich z impetem zanurkuje, aby złowić wypatrzoną z wysokości rybę.

 

Na południu

Południowe wybrzeże wyspy jest słabiej rozwinięte pod względem infrastruktury i bazy noclegowej. Drogi są na nim bardziej wyboiste, hotele mniej liczne i nie uświadczymy tu sklepów z typowymi pamiątkami. Rejon ten wydaje się jednak bardziej autentyczny, a jego mieszkańcy uprzejmiejsi i serdeczniejsi. Ci, którzy zdecydują się opuścić turystyczne resorty typu all inclusive, mają szansę lepiej poznać jamajski ląd.

Każdy hotel na Jamajce organizuje wycieczki fakultatywne. Można zatem wykupić jedną z nich, aby wraz z niewielką grupą i przewodnikiem zobaczyć główne atrakcje wyspy. Warto także wynająć niewielki samochód wraz z kierowcą, który wskaże nam również ciekawe miejsca. Przy okazji podszkolimy wtedy nasze umiejętności w posługiwaniu się językiem wyspiarzy.

Na zwiedzenie południowego wybrzeża zaskakująco atrakcyjną bazą wypadową okazuje się być Montego Bay. Przejazd z północy na południe wyspy zajmuje od 1,5 do 2 godz. i stanowi przygodę samą w sobie. Jazda krętymi, wąskimi i czasami dosyć dziurawymi drogami na pewno wywoła u nas szybsze bicie serca. Na najpopularniejszą ofertę wycieczkową w tym rejonie Jamajki składają się niezmiennie trzy najważniejsze punkty: niezmiernie malownicze Wodospady YS (YS Falls), gdzie oprócz kąpieli w rześkiej wodzie czeka nas zjazd na linie rozpostartej nad siedmioma kaskadami (canopy), zwiedzanie fabryki rumu Appleton Estate z 1749 r. wraz z degustacją szerokiej gamy produktów oraz safari na rzece Czarnej (Black River). To scenariusz, do którego wyboru gorąco namawiam. Ja jednak chciałabym przybliżyć teraz zdecydowanie mniej znane miejsce, ale z roku na rok cieszące się coraz większym zainteresowaniem, a mianowicie Pelican Bar.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

znana destylarnia rumu Appleton Estate

Pierwszym przystankiem na trasie prowadzącej do niego bywa nieco zapomniane miasteczko Black River, którego lata prosperity przypadły na XVIII i XIX w. Obecnie dostrzeżemy w nim ślady dawnej świetności. Koniecznie trzeba tu spędzić choć chwilę na lokalnym targu i kupić owoce. Wynajęty jamajski kierowca przewodnik pomoże nam znaleźć rybaka, który za opłatą (można się śmiało targować) przewiezie nas łódką do celu wyprawy. Do Pelican Baru dotrzemy jedynie drogą wodną, bowiem stoi on na morskiej mieliźnie. Przed udaniem się do niego polecam wziąć udział w rzecznym safari po Black River. Nazwa rzeki pochodzi od koloru, jaki nadaje jej torfowe dno. Na tutejszych przybrzeżnych mangrowcach gromadzi się ptactwo z rodziny czaplowatych, nieopodal krokodyle czyhają na swoje ofiary lub wygrzewają się leniwie na słońcu.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Black River należy do najdłuższych rzek na Jamajce (ok. 53 km)

Wypływając na otwarte morze, rybak dodaje gazu i łódka ślizga się po niedużych falach. Po kilku minutach jesteśmy już zroszeni słoną bryzą. Za nami budynki maleją do rozmiarów punktu, miasteczko Black River staje się paskiem na horyzoncie. Warkot silnika utrudnia rozmowy, więc lepiej podziwiać zmieniający się krajobraz – pojawia się nowa linia brzegowa z domami mieszkalnymi, wokół fruwają pelikany nurkujące po wypatrzoną zdobycz. Szczęśliwcom uda się dostrzec również delfiny. Po mniej więcej 20 min. naszym oczom ukazuje się licha drewniana konstrukcja. Pelican Bar to skromna chatka na palach. Prowadzi do niej prowizoryczne molo, na którym można usiąść lub rozłożyć ręcznik, aby opalać się, sączyć napój i napawać się piękną pogodą i widokami, czyli smakować wolno płynący karaibski czas. Serwuje się tutaj różnego rodzaju trunki, w tym nieodzowne jamajskie piwo Red Stripe, a nawet smażone ryby. Znudzeni leniuchowaniem wskakują do płytkiej wody popływać i poobserwować małe płaszczki i inne morskie stworzenia.

Jamajka od dawna fascynuje swoją różnorodnością, ukształtowaniem terenu i ciekawą fauną, bogactwem barw, smaków i zapachów. Ten kraj tworzą jednak przede wszystkim niepowtarzalni ludzie, kreatywni i dumni, którzy mimo przeciwności losu nie tracą pogody ducha. W ich żyłach płynie krew wielu narodów świata. To także dla nich na Jamajkę chce się wracać wielokrotnie. Jak mówi hasło Jamajskiej Izby Turystycznej (Jamaica Tourist Board) – Once you go,you know („Raz pojedziesz, a zrozumiesz”).


 

Artykuły wybrane losowo

Wyprawy po Republice Południowej Afryki

KRZYSZTOF JAXA KWIATKOWSKI

 

<< Polakom z pokolenia będącego obecnie w średnim wieku Republika Południowej Afryki (RPA) kojarzy się z bajkowym snem o egzotycznym dobrobycie. Młodsi ludzie widzą ją raczej jako rozwijający się kraj pełen przygód i atrakcji, choć leżący na końcu świata. Dziś odwiedzają go miliony turystów, którzy wracają stąd zachwyceni. Przekonajmy się zatem, jak jest w rzeczywistości. >>

 

Spektakularny widok na Przylądek Dobrej Nadziei i plażę Diasa z Cape Point

© LISA BURNELL/CAPE TOWN TOURISM

 

RPA to kraj rozległy (ponad 1,22 mln km² powierzchni), z kilkoma strefami klimatycznymi i wegetacyjnymi, dostępem do dwóch oceanów (Atlantyckiego na zachodzie i Indyjskiego na wschodzie), pustyniami i sawannami, mnóstwem dzikich zwierząt we wspaniale urządzonych parkach narodowych i rezerwatach przyrody oraz wielkimi górami pokrytymi często śniegiem (na czele z Mafadi – 3450 m n.p.m. – w paśmie Gór Smoczych, najwyższym szczytem tego państwa na południowym krańcu Afryki). Duże, nowoczesne miasta, wyśmienita międzynarodowa kuchnia, perfekcyjna infrastruktura hotelowa i drogowa zachęcają do spędzenia tu wakacji. Całości obrazu dopełniają ciekawa, choć mocno zagmatwana, historia oraz grupy etniczne, spośród których kilka wciąż żyje w tradycyjny sposób. Kraj jest obecnie stosunkowo bezpieczny dla turystów, ale – co oczywiste – podczas wizyty w nim trzeba zachować zdrowy rozsądek, podobnie jak w każdym nieznanym miejscu na świecie. W dużych miastach nie należy spacerować samotnie po zmroku, a we wszystkich częściach RPA nie zaleca się zapuszczać do tzw. locations, czyli osiedli zamieszkałych przez czarnoskórych obywateli. Powszechnie używa się tutaj języka angielskiego, ale warto być przygotowanym, że w kilku prowincjach można się dogadać z lokalną społecznością wyłącznie w afrikaans (afrykanerskim). Ze względu na zróżnicowanie etniczne Południowoafrykańczyków nazywa się ich tęczowym społeczeństwem.

Zwiedzanie RPA zazwyczaj zaczyna się w jednym z dwóch największych miast: Johannesburgu lub Kapsztadzie (Cape Town). Rzadziej turyści lecą bezpośrednio do Durbanu albo Nelspruit (Mbombeli). Z czterech największych międzynarodowych lotnisk w kraju w dalszą podróż po nim można udać się samolotem bądź drogą lądową. RPA jest tak rozległa i bogata w różnorodne atrakcje, że nie da się jej zwiedzić w całości nawet w kilka tygodni. Zwykle więc podczas jednej wyprawy odwiedza się kilka wybranych miejsc.

 

MIASTO Z GÓRĄ STOŁOWĄ

Dla wielu osób Kapsztad to najpiękniejsze miasto na świecie. Z pewnością jest on miejscem niezwykłym. Stanowi wyjątkowe połączenie błękitu oceanu, nadbrzeżnych wysokich gór wyrastających tuż przy plaży i nowoczesnej architektury. To tutaj zdecydowana większość turystów rozpoczyna lub kończy przygodę z RPA. W mieście warto zrobić sobie bazę wypadową do wycieczek po okolicy.

Kapsztad (niemal 4 mln mieszkańców w obszarze metropolitalnym) jest rozległym ośrodkiem o niskiej zabudowie. Wyjątek stanowi ścisłe centrum, tzw. City Bowl, w którym wyrastają wysoko nowoczesne biurowce, hotele i apartamentowce. Reprezentacyjne dzielnice mieszkaniowe usytuowane są wzdłuż wybrzeża. Rozciągają się od plaż przy Table View na północy aż po słynne Nabrzeże Wiktorii i Alfreda (Victoria & Alfred Waterfront) – centrum komercyjne z piękną galerią handlową (zbudowaną w miejscu starych magazynów i doków portowych), licznymi hotelami i restauracjami. Tutaj prędzej czy później docierają wszyscy turyści odwiedzający Kapsztad. Stąd w kierunku południowym aż do piaszczystej plaży w Camps Bay biegną obszary z drogimi rezydencjami mieszkalnymi – Green Point, Sea Point i Clifton. Z nowoczesnymi rejonami wyraźnie kontrastują duże dzielnice imigrantów i biedoty, którzy swoje blaszano-kartonowe domy (tzw. shacks) budowali od kilku dekad wzdłuż autostrady, prowadzącej z lotniska do centrum miasta. Obecnie dzięki dużym publicznym nakładom finansowym tereny te są systematycznie przekształcane w gęste osiedla murowanych domków dla najbiedniejszych mieszkańców. Niemniej prawdziwe dzielnice ubogich wciąż istnieją na głębokich przedmieściach i do nich turyści nie powinni się zapuszczać.

W Kapsztadzie każdy znajdzie odpowiednie dla siebie miejsce zakwaterowania. Są tu hotele oferujące usługi na najwyższym światowym poziomie, średniej klasy hotele sieciowe, liczne obiekty typu B&B (bed and breakfast, niezmiernie popularne w RPA) i hostele. Najbardziej okazałe kompleksy znajdują się w centrum, w okolicach City Bowl oraz Nabrzeża Wiktorii i Alfreda. Obiekty B&B o dobrym standardzie rozmieszczone są w zasadzie na terenie całego miasta, ale najlepszą lokalizację mają te z obszarów Green Point i Sea Point oraz sąsiedztwa Gardens. Amatorzy gier hazardowych (i nie tylko!) powinni rozważyć zatrzymanie się w stylowym Grand Hotelu połączonym ze sporym kasynem (GrandWest Casino) i… krytym lodowiskiem, na którym można pojeździć na łyżwach.

Samo centrum Kapsztadu najlepiej zwiedzać pieszo. Tuż obok dzielnicy biurowej, przy placu Grand Parade znajduje się zabytkowy Ratusz Miejski (City Hall), z którego balkonu w 1990 r. Nelson Mandela (1918–2013) wygłosił swoje pierwsze publiczne przemówienie po opuszczeniu więzienia. Tutaj wznosi się również XVII-wieczny Zamek Dobrej Nadziei (Castle of Good Hope), mieszczący obecnie małe muzeum, a będący najstarszym zachowanym budynkiem kolonialnym w Afryce Południowej. W centrum warto też zobaczyć anglikańską Katedrę św. Jerzego (St. George’s Cathedral), sąsiadujący z nią kompleks budynków parlamentu (Houses of Parliament) i park The Company’s Garden. Podczas spacerów po mieście nie wolno ominąć dzielnicy Bo-Kaap, zwanej Dzielnicą Malajską (Malay Quarter). Na jej terenie znajdują się m.in. jeden z pierwszych meczetów powstałych w Kapsztadzie (Nurul Islam Mosque z 1844 r.), charakterystyczne ulice wyłożone brukiem i małe domy pomalowane na jaskrawe kolory. Z kolei szybka przechadzka Long Street, główną arterią City Bowl, pozwala poznać dawną kapsztadzką architekturę. Można tu także znaleźć kilka niezłych knajpek, pubów i klubów nocnych.

Niemal w sercu miasta wyrasta imponująca Góra Stołowa (Table Mountain, 1086 m n.p.m.). Na jej płaski szczyt prowadzi kilka szlaków. Można na niego również wjechać kolejką linową z okrągłymi wagonikami (Table Mountain Aerial Cableway), z których rozpościera się doskonały widok na okolicę – to jedna z największych atrakcji w Kapsztadzie. Na amatorów mocniejszych wrażeń czeka kilka technicznych dróg wspinaczkowych biegnących zboczami Góry Stołowej albo lot moto- lub paralotnią z jej wierzchołka. Na szczycie warto zostać dłużej. Można stąd podziwiać zapierające dech w piersiach widoki na miasto, port i pobliską Robben Island (wyspę w Zatoce Stołowej – Table Bay). Górę pokrywa formacja roślinna fynbos (południowoafrykański odpowiednik śródziemnomorskiej makii). Większości z występujących tu roślin nie spotyka się nigdzie indziej na świecie.

Osoby lubiące wyprawy trekkingowe powinny wybrać się na Głowę Lwa (Lion’s Head, 669 m n.p.m.). Oglądanie zachodu słońca z jej szczytu to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i na długo pozostanie w pamięci. Położone zaraz obok Wzgórze Sygnałowe (Signal Hill, 350 m n.p.m.) jest znakomitym miejscem na podziwianie panoramy miasta, szczególnie po zmroku, gdy Kapsztad ginie w blasku milionów świateł. Codziennie o 12.00 rozlega się pod Signal Hill wystrzał z historycznej armaty.

Turyści bardziej aktywni w ramach porannego spaceru mogą udać się na przechadzkę wzdłuż wybrzeża – od tzw. Mouille Point aż do wspaniałej piaszczystej plaży w Camps Bay. Nad samym oceanem biegnie tutaj malowniczy deptak. Podczas wędrówki można z bliska przyjrzeć się eleganckim osiedlom mieszkalnym.

Poza tym w Kapsztadzie znajduje się jeden z najpiękniejszych ogrodów botanicznych na ziemi – Kirstenbosch National Botanical Garden. Jest on usytuowany na zboczach Góry Stołowej pomiędzy przedmieściami Constantia i Newlands. Został założony w 1913 r. To pierwszy ogród botaniczny na świecie, stworzony specjalnie w celu ochrony endemicznych gatunków roślin. Malowniczo położony Kirstenbosch zachwyca olbrzymią kolekcją wrzośców (Erica) i srebrników (Protea). Po spacerach wśród kwiatów można odpocząć i zjeść obiad w tutejszej restauracji.

Osoby, które podczas wakacji nie mogą obejść się bez zakupów (a oprócz diamentów jest tu co kupować), powinny udać się do jednej z wielu galerii handlowych w mieście. Do najbardziej popularnych należy ta w rejonie Nabrzeża Wiktorii i Alfreda oraz drugie największe na kontynencie afrykańskim (zaraz po Gateway Theatre of Shopping pod Durbanem) luksusowe centrum handlowe Canal Walk (z ponad 400 sklepami rozlokowanymi na powierzchni 141 tys. m²), znane też pod nazwą Century City Mall.

 

Domy w intensywnych kolorach w kapsztadzkiej dzielnicy Bo-Kaap

© SA TOURISM

 

W OKOLICY PRZYLĄDKA

Jeśli z Kapsztadu udamy się na południe, w kierunku Przylądka Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), napotkamy po drodze szereg wspaniałych atrakcji. Warto przejechać nadbrzeżną drogą biegnącą przez miejscowość Hout Bay i dalej jedną z najbardziej widokowych tras świata, tzw. Chapman’s Peak Drive, prowadzącą do Noordhoek. Podczas wyprawy nią trudno nie zatrzymywać się co kilkaset metrów, aby podziwiać widoki, bo każdy wydaje się piękniejszy od poprzedniego. W Hout Bay można skorzystać z łodzi i popłynąć na niewielką wysepkę Duiker (Duiker Island), na której znajduje się spora kolonia uchatek karłowatych. Dalej na południe warto przejechać rzadko uczęszczaną nadbrzeżną drogą przez miasteczka Kommetjie i Scarborough, gdzie również wytyczono wspaniałe punkty widokowe. Stąd wypatrzymy długie plaże, przy których śmiałkowie, nie bojący się spotkania z żarłaczem białym (rekinem ludojadem), surfują po Oceanie Atlantyckim.

Po drugiej stronie skalistego Półwyspu Przylądkowego (Cape Peninsula), nad Zatoką Mylną (False Bay), w uroczej miejscowości Simon’s Town znajduje się jedna z kilku kolonii pingwina przylądkowego. Przy Plaży Głazów (Boulders Beach), objętej ochroną Parku Narodowego Góry Stołowej (Table Mountain National Park), spacerujący po specjalnie wybudowanych pomostach turyści przyglądają się tym osobliwym ptakom wypoczywającym na piasku lub nurkującym w zimnej wodzie. Przy przejeżdżaniu przez miasteczko zwolnijmy – pingwiny uwielbiają spacery poza parkiem i często wędrują parami w poprzek głównej drogi. W samym Simon’s Town warto zobaczyć centrum z budynkami z XIX stulecia oraz położony obok port z okrętami wojennymi. Ciekawostką jest tutaj pomnik doga niemieckiego o imieniu Just Nuisance (1937–1944), który był jedynym na świecie psem wpisanym oficjalnie na listę marynarzy. W czasie II wojny światowej służył na statku HMS Afrikander i w bazie marynarki wojennej w miasteczku.

Legendarny Przylądek Dobrej Nadziei to symbol okolic Kapsztadu, ale też całej Afryki Południowej. Jego pierwotna nazwa – Przylądek Burz (po portugalsku Cabo das Tormentas) – nadana mu została przez pierwszego europejskiego żeglarza, który do niego dotarł w 1488 r. – Portugalczyka Bartolomeu Diasa (ok. 1450–1500). Później król Portugalii Jan II (1455–1495) przemianował go na Cabo da Boa Esperança, bo opłynięcie przylądka otwierało okrętom możliwość dotarcia do Indii. Cape of Good Hope wchodzi w skład Parku Narodowego Góry Stołowej. Występują tu rozmaite zwierzęta (m.in. pawiany, przylądkowe pingwiny i góralki, kilka gatunków antylop, strusie) i wiele endemicznych roślin. Sam przylądek to nieznacznie wysunięty cypel skalny, na którego szczyt można dotrzeć z parkingu lub z centrum obsługi turystycznej położonego poniżej tzw. Cape Point. Ta druga, dłuższa trasa jest szczególnie atrakcyjna, bo po drodze mamy okazję zejść na wspaniałą, dziką plażę ukrytą pomiędzy wysokimi klifami. Specjalna kolejka linowo-terenowa (Flying Dutchman Funicular) dowozi pasażerów pod latarnię na Cape Point, skąd rozciągają się cudowne widoki na False Bay i otwarty ocean. Wbrew temu, co mówią liczne materiały reklamowe dla turystów, oceany Atlantycki i Indyjski spotykają się nie tutaj, a ok. 160 km dalej na południowy wschód, przy Przylądku Igielnym (Cape Agulhas).

Aby zobaczyć imponujące rytuały godowe waleni południowych, warto udać się w okolice miejscowości Hermanus w okresie od czerwca do grudnia. Wyskakujące wysoko ponad wodę olbrzymy można podziwiać ze skalistego brzegu lub pokładu łodzi specjalnie przeznaczonej do tego celu. Amatorzy przygód z dreszczykiem mogą zdecydować się na nurkowanie z drapieżnym żarłaczem białym. Taką rozrywkę organizuje kilka firm w miejscowości Gansbaai. Nurkowanie odbywa się w specjalnych klatkach, ale spotkanie oko w oko z mniej więcej 6-metrowym (i 2-tonowym) stworzeniem robi ogromne wrażenie.

 

AFRYKAŃSKIE WINO

Wielu turystów nie wyobraża sobie podróży przez RPA bez odwiedzenia choć jednej winnicy w okolicy Kapsztadu. Miasta Stellenbosch, Wellington i Paarl czy kapsztadzkie przedmieścia Constantia to jedynie te najbardziej znane ośrodki winiarskie w kraju. Jest ich tutaj znacznie więcej i przy dłuższym pobycie w Południowej Afryce warto poszukać tych mniej znanych miejsc, oferujących wyborne wino koneserom i osobom pijącym je od czasu do czasu. Niemal wszystkie winnice w okolicach Kapsztadu zapraszają również na noclegi, w bardzo dobrym lub średnim standardzie, w zabytkowych domach utrzymanych w historycznym holenderskim stylu przylądkowym. Na zatrzymanie się w nich na noc dobrze się zdecydować, szczególnie jeśli planuje się degustacje w kilku miejscach. Osoby, którym brakuje czasu, mogą zajrzeć do jednej czy dwóch tradycyjnych winnic, takich jak Vergelegen Estate (powstała w 1700 r.) w mieście Somerset West lub położona bliżej Cape Town Klein Constantia (założona w 1685 r.).

 

WZDŁUŻ WYBRZEŻA

Z Kapsztadu w kierunku Durbanu warto pojechać drogą wiodącą wzdłuż wybrzeża. Na wysokości miasta Mossel Bay wjeżdża się na ok. 300-kilometrową Trasę Ogrodów (Garden Route). Ten szlak poleca się szczególnie osobom lubiącym wyprawy samochodowe połączone z zatrzymywaniem się przy licznych atrakcjach przyrodniczych. Można odwiedzić tutaj miasta Knysna i George, miejscowości Plettenberg Bay czy Nature’s Valley oraz Park Narodowy Trasy Ogrodów (Garden Route National Park) i góry Outeniqua (z najwyższym punktem Cradock Peak, 1578 m n.p.m.), gdzie czekają wspaniałe szlaki spacerowe i trekkingowe. Jednym z największych bogactw tego rejonu jest szata roślinna będąca połączeniem fynbosu charakterystycznego dla okolic Kapsztadu z lasami subtropikalnymi. Zaraz za Nature’s Valley znajduje się popularny wśród amatorów wrażeń podnoszących poziom adrenaliny Bloukrans Bridge, najwyższy most na świecie, z jakiego wykonuje się skoki na bungee (ponad 215 m lotu). Dalej na wschód, tuż za Port Elizabeth (przy miejscowości Addo) trzeba odwiedzić atrakcyjny Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), będący najbardziej wysuniętym na południe obszarem na kontynencie afrykańskim, gdzie żyją słonie.

Durban, trzecie najbardziej zaludnione miasto kraju (jego obszar metropolitalny zamieszkuje blisko 3,5 mln osób), kojarzy się z ciepłym Oceanem Indyjskim i licznymi plażami ciągnącymi się niemal nieprzerwanie aż do Ponta do Ouro na południowym krańcu Mozambiku. Jeśli w trakcie wizyty w RPA mamy zamiar się tutaj wybrać, to powinniśmy uwzględnić w swoich planach spędzenie kilku leniwych dni na wybrzeżu w którymś z hotelowych resortów czy kameralnych obiektów B&B. Sam Durban, zwany często Małymi Indiami, zamieszkuje największa diaspora Hindusów na świecie. To oni nadali kształt i charakter miastu swoimi świątyniami, zwyczajami, ubiorem i – oczywiście – pyszną indyjską kuchnią. Warto tu zajrzeć do centrum i zapuścić się w mniejsze uliczki ze sklepikami, straganami i małymi targami. Ciekawą atrakcją jest również piękny park tematyczny uShaka Marine World z największym akwarium w Afryce (uShaka Sea World) oraz kompleksem podwodnych restauracji i sal konferencyjnych, usytuowany malowniczo nad Oceanem Indyjskim.

Jeśli z Durbanu wyruszymy na północny wschód, dotrzemy do jednego z największych skarbów przyrodniczych RPA, czyli Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park, znanego też pod nazwą Greater St. Lucia Wetland Park), wpisanego w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na olbrzymich, podmokłych terenach (ok. 3280 km² powierzchni), obejmujących także Jezioro św. Łucji (Lake St. Lucia) i pas wybrzeża, żyją wielkie grupy hipopotamów, krokodyli nilowych, kilkaset gatunków ptaków i kilkanaście gatunków mniejszych ssaków. Można tu odbyć wodne safari, podczas którego obserwuje się zwierzęta z pokładu specjalnej łodzi, zatrzymać się w jednym z obiektów hotelowych lub uciec od świata na wspaniałą, dziką plażę.

 

WOKÓŁ STOLIC

Johannesburg to tętniące życiem serce RPA, centrum biznesowe, turystyczne i komunikacyjne, a jednocześnie tygiel etniczny. Samo miasto nie jest szczególnie atrakcyjne dla turystów. Na zainteresowanie zasługuje tutaj kilka ciekawych muzeów (np. Apartheid Museum), dawne podmiejskie slumsy Soweto czy leżący 50 km stąd kompleks muzealny Kolebka Ludzkości (Cradle of Humankind) z zespołem wapiennych jaskiń Sterkfontein wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

W odległości mniej więcej 60 km na północny wschód od Johannesburga znajduje się Pretoria, siedziba rządu i administracyjna stolica kraju (obok dwóch innych stolic: Kapsztadu z siedzibą parlamentu i Bloemfontein z siedzibą władzy sądowniczej). Właściwie jedyną atrakcją wartą w niej odwiedzenia jest kompleks budynków rządowych (Union Buildings). Stąd po ok. 2 godz. jazdy samochodem na północny zachód dociera się do słynnego Sun City – wybudowanego pod koniec lat 70. XX w. wielkiego centrum rozrywki z kilkoma luksusowymi hotelami, kasynem, restauracjami, barami, dwoma 18-dołkowymi polami golfowymi klasy mistrzowskiej (The Lost City Golf Course i Gary Player Country Club Golf Course) czy rozległym parkiem wodnym (Valley of Waves) ze zjeżdżalniami i basenami ze sztucznymi falami (aż do niemal 2 m wysokości w tzw. Roaring Lagoon). Tuż obok leży Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park). Można go zwiedzać w trakcie safari, podczas którego wypatruje się Wielkiej Piątki Afryki (lwa, lamparta, bawoła, słonia i nosorożca czarnego). To miejsce szczególnie atrakcyjne dla osób nie wybierających się do Parku Narodowego Krugera (Kruger National Park) lub do innych rezerwatów w kraju.

 

Johannesburg znany jest z bogatego życia nocnego

© SA TOURISM

 

KRÓLESTWO PRZYRODY

Prawie 70 proc. wszystkich turystów odwiedzających RPA udaje się na safari (zwane tutaj game drive) do wspomnianego Parku Narodowego Krugera. Jest on w zasadzie najważniejszą atrakcją turystyczną kraju i z tego powodu umieszczaną niemal zawsze w programach zwiedzania.

Niewątpliwy atut parku stanowi łatwy dostęp do niego – dostaniemy się tu bezpośrednio z pobliskiego lotniska pod Nelspruit (Mbombelą) lub z Johannesburga po kilku godzinach jazdy. Najczęściej odwiedzany bywa obszar południowy ze względu na bliskość tych dwóch ośrodków, najlepszą infrastrukturę noclegową i komunikacyjną oraz brak gęstego buszu, co pozwala na wypatrywanie zwierząt. Główne drogi na terenie parkowym zostały wyasfaltowane, dzięki czemu jego część można zwiedzać nawet autobusem lub otwartą ciężarówką. Drogi boczne są utwardzone, ale dalej na północ lub głębiej w buszu zamieniają się w szutrowe i ziemne. Podczas planowania safari trzeba wziąć więc pod uwagę również odległości i rodzaj nawierzchni. Infrastruktura noclegowa jest bardzo zróżnicowana, ale przygotowana na każdą kieszeń. Doskonale wyposażone kempingi, hotele i – oczywiście – luksusowe lodże otoczone bezpiecznymi ogrodzeniami zapewniają znakomity odpoczynek i oferują dobrą kuchnię. Część z najlepszych obiektów znajduje się w rękach prywatnych w wydzielonych rezerwatach będących jednak wciąż częścią ekosystemu Parku Narodowego Krugera. Zakwaterowanie w lodży można często połączyć z luksusowym safari z wybitnymi przewodnikami i tropicielami. Jeśli mamy więcej czasu i własny samochód terenowy, to warto zapuścić się dużo dalej na północ, aby zobaczyć trudniej dostępne i bardziej dzikie tereny parku. Taka wyprawa zapewnia większą prywatność, jest też niesamowitą przygodą i stwarza okazję do spotkania innych gatunków zwierząt. Park Narodowy Krugera słynie z dużej różnorodności gatunkowej i liczebności fauny. Warto spędzić tu kilka dni na podziwianiu przyrody, jaka nie występuje nigdzie indziej na świecie.

Po zachodniej stronie obszaru parkowego ciągnie się tzw. Panorama Route, czyli trasa widokowa biegnąca m.in. w okolicy jednego z największych kanionów na świecie, drugiego co do wielkości w Afryce – Kanionu Rzeki Radości (Blyde River Canyon), który ma ok. 26 km długości i średnią głębokość mniej więcej 750 m. Po drodze znajduje się wiele punktów, z których rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki. Jeśli z parku udamy się w kierunku południowym, trafimy do Królestwa Suazi, zwanego dawniej Swazilandem. Jest ono odrębnym państwem z licznymi atrakcjami i tradycyjnie żyjącymi grupami etnicznymi.

 

Kotlina Kalahari – wioska Buszmenów, rdzennych mieszkańców Południowej Afryki

© SA TOURISM

 

NA PÓŁNOCY

W artykule o RPA nie sposób nie wspomnieć o bezkresnych piaskach kotliny Kalahari i mających długą historię ludach Khoisan (m.in. Buszmenach czy Hotentotach). Prowincja Przylądkowa Północna (Northern Cape), rozciągająca się aż po granicę z Namibią i Botswaną, jest najrzadziej odwiedzana przez turystów. Co prawda obcokrajowcy docierają do położonego bliżej Johannesburga miasta Kimberley z Big Hole (jak się powszechnie uważa, największą na świecie dziurą w ziemi wykopaną ręcznie przez człowieka – o szerokości 463 m i głębokości ok. 215 m) i słynnym muzeum kopalni diamentów (The Kimberley Mine Museum), ale niezbyt często zapuszczają się na rozległe obszary Kalahari, leżące w północno-zachodniej części kraju. Ten region RPA to idealne miejsce dla poszukiwaczy przygód uwielbiających podróżowanie przez pustkowia. Powinni oni odwiedzić zwłaszcza wioski należące do grup etnicznych Khoisan znajdujące się przy granicy z Botswaną i piękny Transgraniczny Park Kgalagadi (Kgalagadi Transfrontier Park).

Wydanie Lato 2018

Uganda – prawdziwa perła Afryki

ANNA KRYPA
www.comeann.com

<< Wędrówka po tajemniczych Górach Księżycowych, spotkanie oko w oko z gorylami górskimi i jeden z najbardziej ekscytujących raftingów na świecie – to wszystko i znacznie więcej czeka na każdego podróżnika odwiedzającego Ugandę. Ten fascynujący kraj zaskakuje bogactwem przyrody i wspaniałymi krajobrazami. W jego tropikalnych lasach gdzieś zza mgieł wyłaniają się sylwetki dzikich zwierząt, które zdają się być praktycznie na wyciągnięcie ręki. >>

Więcej…

Australia – świat do góry nogami

LIDIA MIKOŁAJEWSKA

 

<< Gdy w 2006 r. hinduski reżyser Harry Baweja kręcił sceny do filmu „Love Story 2050”, przyznał w wywiadzie, że południe Australii stanowi znakomity plener zdjęciowy do jego obrazu. Właśnie tu znalazł wszystko to, czego potrzebował: wielkie miasto i małe miasteczko, czerwoną pustynię i słone jezioro, a nawet piękną wyspę. A to przecież jedynie część tego, co ma nam do zaoferowania ten najmniejszy i najbardziej odmienny kontynent świata. Witajcie po drugiej stronie globu! >>

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Dwunastu Apostołów - wapienne kolumny w Parku Narodowym Port Cambell

 

Trzeba przyznać, że w Australii jest coś urzekającego i fascynującego. To prawdziwie filmowy kraj – ogromne i dzikie przestrzenie, ciągnące się po horyzont drogi i bezdroża, piaszczyste plaże i lasy deszczowe, nasłonecznione stoki i pastwiska czy wypalone pustynie… Na dodatek tylko tu ewolucja ssaków przebiegła inaczej niż na całej planecie, dzięki czemu rozwinęły się i przetrwały do naszych czasów gatunki stekowców i torbaczy – dziobaki, kolczatki, wombaty, koale czy kangury.

Więcej…