MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest niewiarygodnie różnorodnym i czarującym tropikalnym krajem. Słynie z wybornej kawy i nieskazitelnie czystych, najpiękniejszych szmaragdów na świecie. To właśnie na tej fascynującej ziemi narodziła się słynna legenda o El Dorado oraz magiczna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Garcíę Márqueza, kolumbijskiego powieściopisarza, laureata Nagrody Nobla. W Kolumbii znajdziemy niesłychanie piękne krajobrazy i rozległe, dziewicze plaże. Ten południowoamerykański kraj zamieszkują również ciepli, otwarci, sympatyczni i gościnni ludzie. Nie dziwi więc fakt, że promuje go na całym świecie kampania zatytułowana Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, jedyne ryzyko jest takie, że będziesz chciał zostać. I rzeczywiście, łatwo zakochać się w tutejszych pocztówkowych widokach, cudownej muzyce i żywiołowych tańcach, przyjaznych mieszkańcach, pysznej kuchni, szalonych karnawałach, kolorowych targach, barwnych lokalnych świętach i spontanicznych fiestach, czy też we wspaniałym rękodziele artystycznym... Odwiedzając ten fascynujący kraj, ryzykujemy, że może stać się on naszą pasją!        

 

Wielu cudzoziemców, którzy przyjechali do Kolumbii tylko na wakacje, zostało tu na stałe. Inni pragną do niej jak najczęściej wracać. Marzą znowu o odpoczynku w kolorowym hamaku rozpiętym między dwoma palmami na dziewiczej plaży w Parku Narodowym Tayrona, o tropikalnym słońcu, które praży aż miło podczas zwiedzania hacjendy La Quinta de San Pedro Alejandrino, gdzie dożył swoich ostatnich dni Libertador („Wyzwoliciel”) Simón Bolívar (1783–1830), o romantycznych spacerach przy świetle księżyca po zjawiskowej Cartagenie de Indias, o egzotycznych owocach na wyspie San Andrés czy o filiżance niezmiernie aromatycznej, świeżo palonej, najlepszej na świecie kawy w malowniczej plantacji w Triángulo del Café (Trójkącie Kawowym)… Nie można się im dziwić, bowiem Kolumbia jest bez wątpienia jednym z najpiękniejszych i najbardziej magicznych miejsc na naszej planecie. O tym kraju mówi się i pisze tylko w jeden sposób, uśmiechając się radośnie pod nosem.

Mam wielu przyjaciół wśród Kolumbijczyków, odwiedzając ich, czuję się niemal jak w domu. Co najważniejsze, nie zależy to od tego, w którym miejscu składam wizytę, wszędzie jest dobrze, panuje wspaniała atmosfera i przeżywa się cudowne chwile – zarówno w olbrzymiej, 8-milionowej metropolii, jaką jest Bogota, nowoczesnym Medellín, roztańczonym Cali, znanym na całym świecie jako „światowa stolica salsy”, kolorowej, karaibskiej, kolonialnej, romantycznej i magicznej Cartagenie de Indias, kolumbijskiej Amazonii, gdzie znajdujemy się w objęciach Matki Natury, na rajskiej wyspie San Andrés, w słynącej z niezwykłego karnawału Barranquilli, czy też w barwnym departamencie Boyacá, królestwie zabytkowych miasteczek, rękodzieła artystycznego i zielonych pejzaży, albo w Triángulo del Café– pełnymuroczych plantacji kawy. Kolumbia ze swoimi bogatymi i różnorodnymi atrakcjami zajmuje ważne miejsce w moim sercu i dlatego też staram się do niej wracać dość często. Ostatnio odwiedziłem ją w kwietniu. Trafiłem wówczas m.in. do tzw. Trójkąta Kawowego…         

 

KAWOWY KRAJOBRAZ KULTUROWY

Nie wiedziałem wtedy, że już za 2 miesiące ten przepiękny zakątek Kolumbii zostanie wpisany na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obejmuje on departamenty Caldas, Quindío i Risaralda. Nazywa się je właśnie Triángulo del Café, ponieważ uprawia się tutaj najlepszą kawę na świecie. Wpis dokonany przez UNESCO określa to malownicze miejsce jako kawowy krajobraz kulturowy Kolumbii i rozszerza go jeszcze o Valle del Cauca. Jest to czwarty kolumbijski departament, w którym znajdziemy rozległe plantacje kawy, choć na pewno nie tak popularny jak słynny Trójkąt Kawowy. Ten ostatni przyciąga coraz więcej turystów spragnionych ciszy, spokoju i kontaktu z naturą, ale także szukających przygód i mocniejszych wrażeń niepozbawionych adrenaliny. Tylko tutaj, w samym środku tropików, w sercu Kolumbii, łączy się zieleń gór z bielą wiecznych śniegów niesamowitego Parku Narodowego Los Nevados. To właśnie w Triángulo del Café możemy budzić się co dzień wśród pięknych hacjend bujnie porośniętych krzewami kawowca, czując zapach najlepszej kawy na świecie. Aż chce się wówczas żyć i korzystać z każdej chwili w tym cudownym miejscu…

            Departamenty Caldas, Quindío i Risaralda mogą się pochwalić bogatą ofertą turystyczną zdolną zaspokoić nawet najbardziej wybredne gusta. Ten region Kolumbii jest idealny dla miłośników kawy, dzikiej przyrody, aktywnego wypoczynku, sportów ekstremalnych, ekoturystyki, obserwowania ptaków, czy też dla rodzin z dziećmi lubiących bawić się razem w parkach tematycznych. To także doskonałe miejsce na wyjazdy firmowe, podróże incentive z niepowtarzalnym scenariuszem. Bez wątpienia największą atrakcję Trójkąta Kawowego stanowi możliwość zatrzymania się w uroczych tradycyjnych hacjendach położonych w samym środku plantacji kawy (cafetales). Wokół tych klimatycznych budynków rosną często przyciągające wzrok turystów niezwykle kolorowe, przepiękne helikonie i orchidee. Odwiedzając słynne kolumbijskie cafetales w Triángulo del Café, poznamy od podszewki proces uprawy i produkcji najbardziej aromatycznej kawy na świecie. Bogatą wiedzę na ten temat zdobędziemy również w Parque Nacional del Café, czyli Parku Narodowym Kawy. To atrakcyjne i rozległe muzeum na świeżym powietrzu znajdziemy w Montenegro w Quindío. Można w nim zapoznać się m.in. z dawnymi sposobami transportu kawy na tych terenach – najpierw wykorzystywano do tego celu konie, a następnie koleje. Opowiada o tym tzw. Paseo a Caballo (Przejażdżka Konna) oraz Trén del Café (Kawowy Pociąg). Na turystów czeka tu także barwne przedstawienie prezentujące kulturę i tradycję całego regionu – Show del Café. Dużą atrakcją Parque Nacional del Café jest też kolejka linowa, z której rozciąga się wspaniały widok na okoliczne plantacje i kolorowe hacjendy oraz na majestatyczne góry i dziewicze lasy tropikalne.

 

LOS NEVADOS I TRAGEDIA ARMERO

Odwiedzając Trójkąt Kawowy, warto wybrać się na wycieczkę do Parku Narodowego Los Nevados leżącego w większości na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m. (na obszarze departamentów Caldas, Risaralda, Quindío i Tolima). Słynie on z potężnych andyjskich szczytów oraz groźnych wulkanów z białymi wierzchołkami. Mimo iż znajdujemy się w tropikalnym klimacie, pokrywa je wieczny śnieg. Los Nevados to dom niezmiernie rzadkich gatunków ptaków, przede wszystkim endemicznej stokówki rdzawoczelnej (Bolborhynchus ferrugineifrons) i kolibra nazywanego iskrzykiem promiennym (Aglaeactis cupripennis). Do parku najlepiej dotrzeć z Manizales, ponad 400-tysięcznej stolicy Caldas. Przyciąga on m.in. miłośników wspinaczki górskiej, trekkingu i wędkarstwa. Najwyższym szczytem Los Nevados jest aktywny wulkan Nevado del Ruiz (5321 m n.p.m.). W listopadzie 1985 r. jego mała erupcja wywołała cztery olbrzymie lahary, nazywane również spływami popiołowymi, które – poruszając się ze średnią prędkością 60 km/godz. – zniszczyły doszczętnie pobliskie 28-tysięczne miasteczko Armero w departamencie Tolima (odległe o niecałe 50 km). Zginęli wówczas niemal wszyscy mieszkańcy – ok. 23 tys. osób! Ta straszna katastrofa przeszła do historii pod nazwą tragedii Armero. W 1986 r., w trakcie swojej pielgrzymki do Kolumbii, to „święte pole” (camposanto) odwiedził papież Jan Paweł II i złożył hołd poległym. Nadal istnieje wielki krzyż, który pamięta to wydarzenie. Ostatnia potwierdzona erupcja wulkanu Nevado del Ruiz miała miejsce w 1991 r. Starta z powierzchni ziemi miejscowość Armero Guayabal powstała jednak jak feniks z popiołów i znowu pojawiła się na mapie Tolimy i Kolumbii. W 1995 r. odzyskała prawa miejskie, a obecnie na jej terenie mieszka ponad 13 tys. ludzi.

 

SPORT I PRZYGODA Z ZAPACHEM KAWY

Triángulo del Café stanowi również doskonały region dla miłośników sportów ekstremalnych i wielbicieli przygód. Z pewnością niezapomnianym przeżyciem będzie skorzystanie z oryginalnej atrakcji – canopy, czyli zjazdu tzw. kolejkami tyrolskimi w uprzęży po stalowych linach rozpiętych między drzewami. Co najważniejsze, ich trasy biegną malowniczo nad plantacjami kawy oraz uroczymi rzeczkami i strumykami. „Latanie” na wysokości kilkudziesięciu metrów nad powierzchnią ziemi z prędkością dochodzącą niekiedy nawet do 100 km/godz. dostarcza dużej dawki adrenaliny każdemu. Na turystów czekają tutaj m.in. Canopy Los Caracolíes (na drodze z Armenii – stolicy departamentu Quindío – do Montenegro) oraz canopy w przepięknej hacjendzie El Bosque del Samán koło miejscowości Alcalá, w Parque Educativo, Tecnológico y de Aventura (Parku Edukacyjnym, Technologicznym i Przygód) La Huerta de Calocho obok Montenegro, w Ecoparque Los Yarumos – parku ekologicznym w wilgotnym lesie tropikalnym – w Manizales czy w niezmiernie interesującym, pełnym atrakcji dla rodzin z dziećmi (i nie tylko!) Parku PANACA w Quimbaya. W tym ostatnim miejscu oddano niedawno do użytku tzw. Canopeę Panaca – najdłuższą „linę do latania” (cable vuelo) w Kolumbii. Jej trasa przekracza 2 km, a pokonując ją, turyści otrzymują naprawdę duży zastrzyk adrenaliny. Canopea Panaca biegnie na wysokości ponad 100 metrów i składa się z 5 spektakularnych odcinków (największy ma ok. 750 metrów), po których podróżuje się ze średnią prędkością powyżej 80 km/godz. Rozciągają się stąd wspaniałe widoki na kolumbijski region kawowy.

W Triángulo del Café kolejną atrakcją są spływy tratwami (balsaje) po łagodnych rzekach, na czele z 50-kilometrową La Vieją. Podczas takiej wycieczki można nie tylko żeglować i kontemplować dziewiczą przyrodę, ale także zanurzyć się na chwilę w ciepłych wodach. Na wielbicieli przygód czeka tu również rafting – niezapomniany spływ pontonem rwącymi górskimi potokami – oraz niepowtarzalne wyprawy konne po delikatnych wzgórzach i malowniczych andyjskich dolinach, które tworzą cudowny krajobraz Trójkąta Kawowego.      

 

GUADUA I PALMY WOSKOWE – CUDA NATURY   

Ten uroczy zakątek Kolumbii słynie także z oryginalnego rękodzieła artystycznego. Najbardziej znane są produkty z guadua – rodzaju bambusa, który służył kiedyś jedynie do konstrukcji mostów, domów, akweduktów i stajni. Obecnie z tego materiału wytwarza się też przybory kuchenne, meble, instrumenty muzyczne czy różne artykuły dekoracyjne. Pamiątki z guadua można zdobyć przede wszystkim w malowniczym Salento, 7-tysięcznym miasteczku nazywanym „Ojcem Quindío” (Padre del Quindío). Przydomek ten wziął się stąd, że jest to najstarsza miejscowość w tym departamencie (założona w 1842 r.). Salento stanowi dom narodowego drzewa Kolumbii – palmy woskowej, znanej tutaj jako palma de cera (Ceroxylon quindiuense). Najwięcej jej olbrzymich i przepięknych okazów spotkamy w zapierającej dech w piersiach pobliskiej górskiej dolinie – Valle de Cocora, która wchodzi w skład Parku Narodowego Los Nevados. Palma de cera to największa palma świata – osiąga wysokość ok. 60 metrów, ale zdarzają się nawet 80-metrowe cuda natury!     

            Triángulo del Café oferuje bez wątpienia moc wspaniałych atrakcji dla turystów z całego świata. Nic dziwnego, że niepowtarzalne walory tego regionu Kolumbii dostrzegło nawet UNESCO. W magicznym miejscu, gdzie rodzi się słynna kolumbijska kawa na pewno nikt nie będzie się nudził. Istnieje tylko duże ryzyko zakochania się w nim – tak samo zresztą jak choćby w zjawiskowej Cartagenie de Indias, którą uważam za jedno z najpiękniejszych miast na świecie, czy też w tym całym niewiarygodnie różnorodnym, kolorowym i czarującym południowoamerykańskim kraju. Odwiedzając go, trzeba uważać na siebie, bowiem Kolumbia potrafi szybko i znienacka zdobyć nasze serce. Jeśli tak się stanie, to nic już nie pomoże – będziemy do niej ciągle wracać z wielką radością…              


 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Rumunia – w królestwie Karpat

JAKUB WOLSKI

 

<< Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia podróż do kraju Drakuli budziła ogólne zdziwienie. Działo się tak dlatego, że strony te nie należały do najbezpieczniejszych i cieszyły się złą sławą. Dziś coraz więcej turystów z całego świata patrzy na Rumunię z zainteresowaniem, a nawet nieskrywaną fascynacją. Potężne Karpaty i owiana aurą tajemniczości historyczna Transylwania mają w sobie coś, czemu trudno się oprzeć… >>

Początki samodzielnego państwa rumuńskiego przypadają dopiero na XIX w. Wcześniej jego tereny trafiały pod panowanie Rzymian, Węgrów, Austriaków, Turków czy Rosjan. Współcześnie najwięcej przedstawicieli w tym kraju liczy sobie mniejszość węgierska. Stanowi ona aż 6,5 proc. mieszkańców 19-milionowej Rumunii. Wiele miast położonych przy granicy z Węgrami czy szczycących się długą historią posiada dwie wersje językowe: rumuńską i węgierską. Tu kończy swój bieg druga najdłuższa rzeka Europy – Dunaj, która u wybrzeży Morza Czarnego tworzy szeroką i widowiskową deltę.

Więcej…

Czar hiszpańskich wybrzeży

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

« Hiszpania to szczęśliwy kraj z dostępem do mórz i oceanu. Do szczególnie urokliwych miejsc należą w nim zwłaszcza odcinki wybrzeża położone między miastem Walencja a zachodnimi prowincjami Andaluzji. Oprócz ciągnących się kilometrami plaż czekają tu na nas małe wioski rybackie, portowe miasteczka, winnice, gaje cytrusowe i palmowe, domy z kamienia, rzymskie i mauretańskie zabytki, naturalne jaskinie i wysokie klify. »

Więcej…